„Jedź do Hiszpanii w maju” – mówili. „Pogoda, jak marzenie” – mówili. Całą majówkę pada. Droga z Portugalii do Hiszpanii z mżawką. Asturia wita nas takim oberwaniem chmury, że wycieraczki w samochodzie nie wyrabiają. Witamy w Gijón!
Pierwszy dzień to jak zawsze poznawanie najbliższej okolicy. Gijón (lub Xixón, jeśli wolicie zabłysnąć lokalną pisownią) to duże miasto portowe. 10 minut pieszo i już jesteśmy na sporej plaży, wciśniętej między jakieś dźwigi portowe, a ogromny kompleks energetyczny – widać hałdy węgla i gigantyczne zbiorniki z gazem. Padający deszcz dodatkowo potęguje ponury klimat tego miejsca. Idźmy stąd! Nad starówką i na cypelkiem z małym wzgórzem przeciera się nieśmiało słońce. Na szczycie są zabudowania obronne i stare armaty, a nad wszystkim góruje dziwny betonowy pomnik – nie jesteśmy pewni, czy ma odstraszać mewy, czy przywoływać kosmitów. W drodze powrotnej wchodzimy do muzeum kolejnictwa. Nie jesteśmy fanami tego typu atrakcji, ale z pogodą się nie dyskutuje, zwłaszcza gdy pojawia się duży napis „Wstęp gratis”. Niektóre lokomotywy wyglądają jak z „Harrego Pottera”, więc spoko.
Cały tydzień pogoda bardzo w kratkę z przewagą chmur i deszczu. Jedynie we wtorek robi się ładnie, zatem ogarniamy szybko pracę i idziemy zwiedzać klify po wschodniej stronie miasta. Wszędzie zieleń, jak na Costa Verde przystało. Schodzimy w dół na kamienistą plażę, gdzie widać charakterystyczny dla tego regionu flisz, czyli skały ułożone, jak gigantyczne warstwy francuskiego ciasta. Jest odpływ i możemy tu sobie trochę poeksplorować. Potem strome schody i znów jesteśmy na ścieżce na skarpie. Naszym oczom ukazuje się dziób betonowego statku, który zatonął w morzu trawy – Mirador de La Providencia. Z tego punktu widokowego mamy oszałamiającą panoramę na ocean i Gijón w oddali.
Plany na weekend mieliśmy zupełnie inne, ale Asturia sama dyktuje warunki i nie pozwala nam jeszcze zobaczyć swojego górskiego oblicza, serwując tam niezłą pompę z nieba. Co robić? Niezrażeni nisko wiszącym niebem, jedziemy ok. godzinę na wschód. I tam od razu mały cud natury – plaża Gulpiyuri. Ale, ale! To nie jest taka zwykła plaża, bo fale wychodzą ze skał! Szok! Okazuje się, że woda znajduje kanały w skalistym klifie i przedziera się kilkadziesiąt metrów do leja krasowego (czyli takiego zapadliska). A w dodatku, po hiszpańsku „lej krasowy” nazywa się bardzo swojsko: „dolina”. I co Wy na to?
Niebo bezchmurne i nawet można zdjąć bluzy! Fajnymi, polnymi ścieżkami pomykamy radośnie i jesteśmy zupełnie już sami, bo tu już naprawdę się mało kto zapuszcza. Przed nami wąskie pęknięcie w wysokiej skarpie – coś jak fiord. Na dół prowadzą betonowe schodki, ale wyglądają dość zdradziecko, w dodatku urywają się kilka metrów nad ziemią, więc podziwiamy wyłącznie z góry, bo życie nam jeszcze miłe. A jest na co popatrzeć, bo dalej wyłania się Castro de las Gaviotas, czyli skalny most, który jest niedostępną fortecą mew. Dalej przez wąską plażę, rozciętą na pół rzeczką, przez trawy i jesteśmy w kolejnym ciekawym zakątku. Nigdy jeszcze nie widzieliśmy czegoś takiego, jak Antigua Cetarea De Villahormes. Utworzono ją około 100 lat temu zamykając naturalny korytarz w skałach i służyła do przetrzymywania skorupiaków między połowem, a znalezieniem na nie kupca. Żywe homary i kraby siedziały zamknięte w tych „basenach” ze świeżą, oceaniczną wodą, zupełnie nieświadome, co będzie za kilka dni. Od kilku dekad Hiszpanie już tego nie praktykują – nie w sensie, że nie jedzą już skorupiaków, tylko zmieniły się metody przechowywania i transportu tych niebo-raków. No dobra, kilometrów w nogach już trochę mamy, ale skoro niebo jeszcze łaskawe, to dusimy cytrynkę do końca.
Podjeżdżamy autem na Playa de Cuevas del Mar – wiecie, że nie po to, żeby tam się opalać. Podziwiamy jaskinie i mostki wyrzeźbione przez ocean. Już mamy wracać do domu, aż tu pojawia się znak ze strzałką na krótki szlak na jakąś kapliczkę. Rzecz jasna, mimo zmęczenia, nie możemy go zignorować. I wiecie, co? To najpiękniejsze miejsce tego dnia! Biało-szare skały przypominają czasami szkielety wielkich smoków. Chodzimy po czaszkach z oczodołami i gigantycznych miednicach. Mijamy stado brązowych krów z dużymi rogami, a na górze klifu oczy wychodzą nam z orbit! Skaliste zatoki i flisz po horyzont! Mniejsza o kapliczkę – zupełnie nas nie interesuje, ale okoliczności, w jakich stoi serio zwalają z nóg! Kilku turystów, których spotkaliśmy przy plaży z łuczkami nawet tu się nie zapuszcza, więc mamy tylko dla siebie cały ten zakątek ze skałami żłobionymi wiatrem i słoną wodą. Co więcej, stając tyłem do morza patrzymy na góry (niektóre jeszcze ośnieżone) i ciężkie niebo, rozpruwające nad nimi swoje wnętrzności. Niesamowicie tu jest, ale i na nas już czas, bo tu też zaczyna kropić. Ledwo wsiadamy do samochodu, ulewa już jest nad nami. Ale się udało!
- DCIM100MEDIADJI_0234.JPG
W niedzielę okno pogodowe ma trwać tylko trzy godziny, więc tym razem jedziemy kilkanaście kilometrów na zachód do „miasteczka wakacyjnego Perlora”. Duży parking, na nim kilka aut, brama do miasteczka i… coś tu jest nie tak! Niby kręci się jakiś ochroniarz, paru biegaczy, kilka osób z psami, ale klimat bardzo dziwny. Pierwszy domek wakacyjny z zabitymi drzwiami, kolejny pokryty starym graffiti, następny ma powybijane okna. Perlora powstała za czasów dyktatury Franco, jako ośrodek wypoczynkowy dla klasy robotniczej. Wybudowano prawie 300 domków letniskowych, żeby pracownicy fabryk mogli choć przez chwilę poudawać, że życie jest piękne i pachnie morską bryzą. I to nawet działało — przez jakieś dwie dekady. Perlora upadła wraz z dyktatorem, bo państwo już nie finansowało tego ośrodka. Miasteczko dogorywało kolejne dziesięciolecia, aż w końcu całkowicie się zamknęło w 2006 roku. Dzisiaj panuje klimat totalnie post-apokaliptyczny i można tu kręcić filmy o śmiercionośnej pandemii, zagładzie atomowej, albo ataku obcych z krwiożerczymi ciągotami. Trawa i mech pożerają dachy, pleśń kolonizuje ściany, a bluszcz przejmuje kontrolę nad kolejnymi budynkami.
W przeciwieństwie do samego miasteczka, okolica jest bardzo przyjemna. Patrzymy na piaszczyste plaże w małych zatokach, idziemy klifami. W miasteczku Candás włazimy na wzgórze zobaczyć park dziwnych rzeźb i małą latarnię morską. W dole port, a na górze już chmurzyska dają znać, że koniec wycieczki i dają nam dokładnie piętnaście minut na dojście do auta suchą stopą. Ledwo dojeżdżamy do Gijón, zaczyna się burza z piorunami i gradem. Szczerze mówiąc, nie spodziewaliśmy się, że w Hiszpanii pogoda będzie zmieniać się tak często, jak na Islandii. Na szczęście, i tym razem udaje nam się nie zmoknąć.




































































































































































































































































1 komentarz
Oblicze Hiszpanii nieznane.