Jak to jest zaglądać diabłu do domu? Przekonamy się o tym już niedługo.
Prognoza pogody jest dobra, więc znów startujemy z samego rana. Jednak pierwsze 100 km z Egilsstadir na północny zachód jedziemy w śnieżycy. Heloł? W zadymce napotykamy milion dwieście piętnasty wodospad na trasie. Wkoło totalnie nikogo.
Jakby nam było mało wodospadów, odbijamy z trasy na Dettifoss i Selfoss. Chcieliśmy też zobaczyć kanion Asbyrgi, ale niestety droga zmknięta.
Dokoła śnieg, ale Islandia znowu pokazuje swoje gorące oblicze. Oglądamy krater Viti, ale nie da się przejść krawędzią dookoła, bo grzęźniemy w błocku. Idziemy zatem na pola geotermalne. Ciągniemy trepy przez śnieg, zapadając się czasem po kolana. Docieramy do pól lawy, wszędzie śmierdzi siarką. Rozglądamy się na boki, czy nas jakiś Rokita nie pogoni z widłami (byle tylko nie Nelly i Jan Maria). Para bucha z każdej dziury. Coś groźnie syczy. Wieje lodowaty wiatr, ale widoki na ośnieżone wulkany rekompensują wszystko.
Gratka dla fanów „Gry o tron” – poznajecie to miejsce za Murem?




























































