ŚRODA
Pożywieni mlekiem prosto od krowy ruszamy na zachód. Po drodze mamy zajechać na wodospad Gothafoss, ale lokalne elfy pokrzyżowały nam szyki. 100 km dalej orientujemy się, że mieliśmy tam pojechać 🙂 Tymczasem wkraczamy do krainy troli – na półwysep Tröllaskagi. Pędzimy malowniczymi fjordami, ale też tunelami. Trzeba w nich uważać, bo niektore są jednokierunkowe, a wszystkie bardzo niebezpieczne ze względu na grasujące tam trole. Mamy się na baczności i nie zamierzamy ich omijać. Jak coś to gaz i wycieraczki ;). Tak docieramy do Siglufjordur, gdzie przekraczamy 66 równoleżnik. Pierwszy raz jesteśmy tak daleko na północy. Stąd już tylko rzut reniferem do kręgu polarnego.
Na dobre zakończenie dnia gorące źródło.
CZWARTEK
My to lubimy zbaczać z głównej ścieżki. Zamiast pędzić na wprost, objeżdżamy dookola półwysep Vatsnes. Szutrem, przez dziury i kałuże, tylko po to by zobaczyć Hvitserkura – smoka pijącego wodę z oceanu.
W drodze na południe liczymy na foki, ale powiedziały nam „Fok you” i się nie pojawiły. Jest za duży sztorm.
Śnieg wali, wicher nas siecze, a my znów szutrem na półwysep Snæfellsnes. Podłazimy pod kanion Raudfellsgja, ale trole zasypały go śniegiem, więc bez sprzętu wspinaczkowego tym razem nie włazimy. Dojeżdżamy na koniuszek cypla, po drodze ośnieżone góry, wulkany i spieniony ocean. Czasem świeci słońce, czasem pada śnieg i grad, ale niezmiennie wieje silny wiatr. Przez to wodo-spady zmieniają się w wodo-loty.
[SZOK DNIA]
My: Szkoda, że nie udało się nam wypatrzeć maskonurów.
Ona: O tej porze roku nie spotkacie żadnego.
My: Ale peszek. Być na Islandii i nie zobaczyć tego ptaka…
Ona: Jak bardzo chcecie, to mam jednego w zamrażarce.























































































