Plany są po to by je zmieniać. Ostatniego dnia w Boquete mieliśmy iść na rafting, ale wulkan Barú poprzedniego dnia dał nam za bardzo popalić. Obłazimy zatem samo miasteczko, trafiamy na fajny mostek i kolorowe ogrody. Patrzymy z dołu na szczyt Barú, wygrażając mu pięścią i idziemy do Indianek coś zjeść. Podstawa jadłospisu to ryż i banany. W każdej postaci. Gotowane, smażone, pieczone, na słodko i słono. No i porcje są gigantyczne. Naprawdę nie żałują i to widać po samych Panamczykach. Otyłość zbiera żniwo. Jada się też dużo mięsa, a zamawiając danie bez mięsa możecie dostać talerz flaków, bo wiadomo, że flaki to nie mięso – musieliśmy uciekać z takiego lokalu.
Następnego dnia jedziemy do Kostaryki. Powiedzieć łatwiej niż zrobić. Turlamy się 3 autobusami i taksówką 7 godzin, a to tylko 200km. W autobusie świeci sufit jak w dyskotece. Muza i teledyski w telewizorku – ona odeszła, on ściska pluszowego króliczka i płacze na łóżku, bo ma teraz „dolor de corazon”.
Przechodzimy granicę bez żadnych problemów i pytań o bilet powrotny, ani zasobność portfela. Bienvenidos en Costa Rica. Pieczątka w paszport. Gracias. Świętujemy naszą czterdziestkę i nie chodzi wcale o urodziny, bo w dowodzie jeszcze nie nastąpiła zmiana kodu na czwórkę z przodu. Kostaryka to nasz czterdziesty wspólnie odwiedzony kraj, a pod stopami szósty kontynent. Brawo my 🙂
Teraz jesteśmy w Sierpe, gdzie totalna cisza i życie kula się pomalutku. Pura Vida!











































1 komentarz
Kolorowo tam 🙂