Kolejny tydzień w Portugalii przynosi już całkiem letnie temperatury, choć to dopiero końcówka marca. Żyjemy powoli, w rytmie przypływów i odpływów. Po pracy gramy na plaży w petankę (bule), stając się rozrywką dla podglądających nas z baru turystów.
Przechadzamy się kładką nad pobliskimi rozlewiskami. Czaple udają modelki, a kaczki prowadzą głośne dyskusje o czymś niezwykle istotnym. Człowiek przychodzi na spacer, a czuje się jak gość na zamkniętej imprezie natury. Trochę dziko, całkiem ślicznie i zdecydowanie bardziej klimatycznie niż w naszym turystycznym miasteczku.
W sobotę rano, po trzech tygodniach ambitnego dreptania, w końcu kupujemy rejs motorówką, żeby zobaczyć klify Algarve z innej perspektywy. Kapitan, oczywiście absolutnie spokojny, wpływa w wąskie skalne tunele z tekstami „Luzik, znam je jak własną kieszeń”. Czeka na obniżenie fali i z impetem pakuje naszą motorówę przez mały otwór w skale! Schylamy głowy, zabieramy dłonie z burty i zastanawiamy się, czy zaraz się nie roztrzaskamy i nie zostaniemy pokarmem dla mew, które tylko na to czekają. Po kilku sekundach echo odbija każde „WOW”, które mimowolnie z siebie wydajemy. Tych jaskiń jest tam naprawdę bez liku! Jaskinia Benagil to ikona, legenda, królowa pocztówek… która na żywo jest trochę jak influencer bez filtra. Za to Jaskinia Piratów? Dwa otwory u góry, dramatyczne światło i klimat jak z filmu – faktycznie robi robotę.
- DCIM100MEDIADJI_0577.JPG
Żeby nie było, potem oczywiście w samochód do Algar Seco Rocks i kolejne kilkanaście kilometrów po klifach z buta. Czy te widoczki mogą się znudzić?
Na koniec dnia zajeżdżamy jeszcze do Monumentos Megalíticos de Alcalar. To miejsce, gdzie prehistoria wjeżdża bez zapowiedzi i mówi: „Patrz, tak się kiedyś budowało – bez betonu, bez dyplomowanych architektów, a stoi już 7000 lat!”. Ktoś to wszystko układał ręcznie, bez dźwigu, za to z ogromną determinacją i prawdopodobnie lekkim bólem pleców. Szkoda tylko, że jest tylko jeden grobowiec, jeden piec do wypalania wapna i jedno mini-muzeum, w którym siedzi znudzony bileter. Chyba nie ma tu zbyt wielu turystów, bo jak nas widzi, to się ożywia i zaczyna nawijać po portugalsku, nie przejmując się faktem, że nie znamy tego języka.
W niedzielę ruszamy na Zaporę Funcho (Barragem do Funcho). Spora tama, wysokości 50m rozdziela rzekę w kształcie rozjechanego chińskiego smoka. Idziemy dużą pętlą wkoło jednej z części Rio Arade. Jest fantastycznie, bo nie ma nikogo na szlaku. Całe zbocza pokryte białymi kwiatami. Wydaje się, że trasa niezbyt wymagająca, ale te 15km jest ciągle po niewielkich wzgórzach – w dół i w górę, więc nazbierało się całkiem sporo tych przewyższeń łącznie. Zwłaszcza na końcu, kiedy nie chce nam się iść okrężną drogą i znajdujemy na mapie „skrót”, który okazuje się podejściem na jakiś kamienisty pagór pod kątem niemal 45 stopni. My to umiemy sobie ułatwić życie. A najlepsze, że ścieżka, która miała nas stamtąd doprowadzić do drogi, nie istnieje – tylko krzaczory, kamienie i ostro w dół. Maskara! Na szczęście pojawia się alternatywna ścieżka w innym kierunku, ale też prowadząca do ulicy od drugiej strony, więc przynajmniej tym razem nie wychodzimy z tego jak po walce z jeżem.. Uff… Czy udało nam się cokolwiek skrócić drogę? Wątpliwe, ale przynajmniej łydki bardziej bolą.
Jako że południe Portugalii neolitycznymi niespodziankami stoi, po krótkiej jeździe samochodem trafiamy na krótki „szlak menhirów”. Pierwszy pagórek i już stoi wielki kamień wygładzony i przytaszczony tu przez ludzi siedem lub osiem tysięcy lat temu. Po co to robili? Względy religijne, geodezyjne, czy po prostu dlatego, że sąsiad już taki miał, wiec nie można być gorszym? Trudno powiedzieć, za każdym kolejnym wzniesieniem pojawia się następny – łącznie znajdujemy cztery menhiry. Na końcu jest niewielki grób. Nie ma tu absolutnie żadnych ludzi, ani nawet żadnej tabliczki z informacją, co i jak.
To już ostatnie dni w regionie Algarve. Wielki Tydzień mija niezauważenie – nie ma takich procesji, jak w Andaluzji. Widać za to sporo turystów, którzy chcą tu spędzić wielkanocny czas. Wyjechali Amerykanie i Kanadyjczycy, a pojawiło się więcej Portugalczyków i Hiszpanów. Ignorujemy tłumy i cieszymy się spacerami nad oceanem i zaczynamy się już powoli pakować. Czas na kolejne przygody w innym regionie Portugalii.















































































































1 komentarz
Opisy coraz to ciekawsze, z humorem. No , jak się syci oczy takimi widokami i oddycha takim powietrzem, to coś z tych okoliczności musi się stworzyć. i są . Reportaże z nutką zachwytu i poezji.