Kolejny tydzień szybko minął. Wróciły upały. Jest sobota, wcześnie rano, a my już w samochodzie – jedziemy do Hiszpanii – tęskniliśmy, he, he. Sto coś kilometrów i mamy miasto Vigo, z którego odpływa prom na Wyspy Cíes. W przeciwieństwie do Kanarów, czy Balearów, Archipelag Cíes to trochę taki sekret, który Hiszpanie trzymają dla siebie – i całkiem słusznie. Bez żadnych hoteli, bez tłumów jak z folderów biur podróży, za to z dziką przyrodą i widokami zwalającymi z nóg. To nie jest zwykła wakacyjna destynacja, tylko część Parque Nacional Marítimo-Terrestre de las Islas Atlánticas de Galicia, więc przyroda ma tu pierwszeństwo, a człowiek powinien zachowywać się jak gość – najlepiej grzeczny. Liczba turystów jest ograniczona, a teraz (poza sezonem) wyspy oddychają spokojnie i nie przypominają głośnych zatłoczonych stref turystycznych Hiszpanii.
Chociaż początkowo po zejściu z promu odpaliliśmy szybki tryb w nogach na szlaku na północ, nagle zwalniamy – cisza, wiatr i ocean robią swoje. Ścieżki prowadzą tu przez skałki, pachnące eukaliptusy, sosny i klify, z których widać bezkres Oceanu Atlantyckiego. To niesamowite, że na dwóch mini-wysepkach udaje nam się przedreptać ponad 16km.
Na koniec, znajdujemy jeszcze czas, żeby posiedzieć na plaży (tak, my!). Najsłynniejsza, Praia de Rodas, wygląda jak pocztówka: biały piasek, turkusowa woda, niewielu ludzi i zero infrastruktury. Jest tylko jeden haczyk: lokalni „strażnicy porządku”, czyli mewy. Te ptaki absolutnie nie uznają pojęcia własności prywatnej i potrafią przeprowadzić błyskawiczną akcję przejęcia kanapki. Jedna chwila nieuwagi i twoja przekąska staje się ich przekąską. Sprawdza się zatem strategia z „Ojca Chrzestnego”: Trzymaj przyjaciół blisko, ale jedzenie jeszcze bliżej.
Wieczorem padamy nieco na mordki – „mały wypad do Hiszpanii” wyssał z nas sporo energii, ale nie żałujemy, bo było przepięknie!
W niedzielę w Bradze upał, a w górach znowu zagrożenie pożarowe, więc wpadamy na pomysł ponownej wizyty nad Atlantykiem – tym razem od strony portugalskiej. Po drodze zahaczamy o wzgórze Castro de São Lourenço, gdzie znajdują się budowle sprzed naszej ery. Są to małe, okrągłe domki ze spiczastymi dachami i nie da się nie mieć wrażenia, że to po prostu prehistoryczna wioska Smerfów, a za wielkim eukaliptusem nie czai się jakiś celtycki Gargamel. Ze szczytu fajny widok na ocean, ale, ale… Co to za dziwny wał chmur na horyzoncie? No, dobra, może się jeszcze rozwieje. My tymczasem udajemy się na jakieś megality, bo była strzałka, że gdzieś tam są, więc nie możemy sobie darować.
Jedziemy na wybrzeże i obserwujemy na termometrze w samochodzie, jak z każdą minutą robi się coraz mniej zabawnie. Wjeżdżamy w jakąś paskudną mgłę. Jest 16 stopni! W Smerfo-wiosce było prawie 10 więcej. O co chodzi? Nie dziwiłoby nas to w górach, ale my jesteśmy przecież na poziomie morza (w sandałach, krótkich spodenkach i koszulkach)! Dobrze, że w aucie jest koc i można się nim otulić. Na szerokiej plaży w miasteczku Ofir nie ma prawie nikogo, przemykają tylko czasem jakieś postacie w kurtkach i kapturach. Niebo niskie i szare, łączy się niezauważalnie z taflą wody. Brr! Mimo tego, ciśniemy plażą na sam cypelek do ujścia rzeki Cávado, która biegnie też przez Bragę. Potem drewnianymi kładkami tuż nad mokradłami, które podobno są siedliskiem niezliczonych ptaków. Może i tak, ale widoczność jest jak w jakimś filmie grozy i nie wiadomo, czy jakiś dziwny potwór-mutant nie będzie miał chrapki na turystę zawiniętego w koc, jak w pszenną tortillę. Zatem ptaki to ostatnia rzecz, o której myślimy. Czasem opar nieco się podnosi i widać drugi brzeg rzeki. Wow!
Mgła, nie mgła – trzeba zrealizować plan. Do Apúlii! Nie, nie tej słynnej włoskiej, tylko tej portugalskiej, która jak się okazało też chyba jest bardzo sławna, bo mnóstwo tam turystów i ledwo się daje przejechać ulicą, żeby jakiegoś nie skasować na masce. A po co ten cały trud? Dla wiatraków. W oblepiającej wszystko, szarej wilgoci oglądamy smutno stojące przy plaży budyneczki bez śmigieł. Zastanawiamy się, czy one w ogóle kiedyś działały, czy od zawsze były po prostu minimalistyczną instalacją artystyczną. Nie ma sensu spędzać tu więcej czasu niż absolutnie potrzeba, więc do wozu! Po 10 km jazdy, znów cieszymy się słońcem i przyjemną temperaturą. Czujemy, jakby ktoś zdjął z nas klątwę Gargamela.













































































































































1 komentarz
Tyle wspaniałych widoków na zdjęciach.
A zobaczyć to w realu, poczuć wiatr, zapach wody i roślin, usłyszeć wszystko co dzieje się dookoła.!!!
Poczuć słońce na skórze. Hej!