Czas opuścić Norwegię. Tylko jak? Pocinamy autostradą Oslo – Göteborg i GPS kieruje nas na zjazd na jakąś małą mieścinkę. Slalomem po wąskiej, krętej drodze zmierzamy ku przejściu granicznemu. Jest tablica informacyjna, że Szwecja za 8 kilometrów. Już witamy się z gąską, a tu 100 metrów przed granicą znak, że droga zamknięta. „Veien stengt” – znamy już ten zwrot, bo na wyspie Senja też się na niego nacięliśmy, tylko że wtedy ostrzegali lojalnie 20 km wcześniej, a to my nie rozumieliśmy komunikatu. Teraz mówią nam to sto cholernych metrów przed granicą? Rzeczywiście, Norwegia ustawiła zaporę z opon. Kilkadziesiąt kroków dalej, po drugiej stronie, stoją Szwedzi tak samo skonsternowani, jak my. Machamy sobie. Ech…
Nawigacjo! Kieruj nas na inne przejście, tylko bez jaj tym razem! Wracamy serpentyną na trochę lepszą drogę, odbijamy na rozwidleniu, po jakimś czasie znów znak, tym razem, że Szwecja za 6 kilometrów. I wiecie, co? 100 metrów od przejścia znowu ten sam numer! „Veien stengt” i zapora z opon. Daja vu? Japierdziu!
Do trzech razy sztuka – półtorej godziny zwiedzania południowych krańców Norwegii wystarcza. Jesteśmy znów na tej samej autostradzie i… przejeżdżamy bez problemu. Za to w przeciwną stronę korek na kilka kilometrów. Okazuje się, że Norwegowie sprawdzają testy i szczepienia covidowe osobom wjeżdżającym (no cóż, że) ze Szwecji, ale w przeciwną stronę żadnych obostrzeń nie ma. Pewnie na tych małych przejściach nie chciało im się ustawiać pograniczników, więc zamknęli i już. Nie mamy pretensji, tylko dlaczego nie ustawili znaków wcześniej?
Dobra, w końcu docieramy do okolic rezerwatu Biskopshagen, gdzie rozstawiamy namiot na ostatni nocleg. Dosłownie za płotem zaczyna się obszar chroniony, ale po tej stronie ogrodzenia nie ma zakazu kampingu, więc zostajemy na noc. A sam rezerwat jest naprawdę piękny – skaliste, poszarpane wybrzeże, różne kwiatki i dzikie ptactwo. Pogoda jak marzenie, więc dłuższy czas eksplorujemy teren. Co najdziwniejsze, tuż obok jest elektrownia atomowa, ale jedno drugiemu nie przeszkadza.
Kolejnego dnia rano sprawdzamy, czy nie świecimy i ostatecznie pakujemy wszystkie graty. Po paru godzinach jesteśmy już w Ystad. Spędzamy ostatnie godziny nad morzem. Tu szok kulturowy. Okazuje się, że ludzie plażują nad Bałtykiem bez parawanów. Da się, no proszę! O zachodzie słońca wjeżdżamy na prom do Świnoujścia. Dobijamy ok.6:30 i lecim na Szczecin!
Jesteśmy dumni z naszego nastoletniego Walissana Mikrusa, bo spisał się w tej podróży doskonale. Przejechaliśmy 7131 km i ani razu nie sprawił nam kłopotu. Tylko my mu przebiliśmy oponę, ale się nie obraził, bo szybko dostał nową. Był naszym transportem, częścią naszego namiotu i wiernym towarzyszem. W domu w nagrodę dostał porządne odkurzanie i pucowanie, aż lampy z radości wybałuszyły my się jeszcze bardziej.








































