Północna Hiszpania poza sezonem to dobry pomysł, chyba że akurat trafisz na najbardziej deszczowy maj, jakiego nie pamiętają najstarsi Celtowie. Jest połowa maja, a my zapominamy, co to sandały i krótkie spodenki, ale nie ma co narzekać.
Jedziemy do Galicji (bo tam akurat nie pada) na Playa de Catedrales. Takie katedry to lubimy zwiedzać – łuki skalne zaprojektowane przez naturę, a muzykę gra wiatr na cienkich warstwach skał, przypominających piszczałki organowe. Wielu ludzi się tu modli…, żeby zamoczyć butów. Można zajrzeć do jaskiń – bocznych naw tej monumentalnej świątyni. Wystarczyło tylko dzień wcześniej sprawdzić godzinę odpływu, bo linia brzegowa potrafi odsunąć się na dobre kilkanaście metrów i pokazać epickie widoki, które kilka godzin później robią się całkowicie niedostępne. Natura mówi: „masz okienko czasowe i nie zmarnuj go”. Sporo tu ludzi, ale i tak nie jest źle, bo do 1 czerwca liczba turystów nie jest ograniczana i nie trzeba zapisywać się w kolejce na stronie administracji Galicji. A i na parkingu udaje się znaleźć miejsce bez problemu. Potem wędrujemy trochę kładkami na klifie.
Zaczyna kropić, więc do samochodu. Kilkanaście minut później docieramy na bezludną wyspę i robimy oszałamiającą trasę dookoła niej, która trwa całe 5 minut. Illa Pancha ma powierzchnię średniego boiska piłkarskiego, a oprócz latarni morskiej i nieczynnej o tej porze roku restauracji nie ma tu nic. I nikogo. Jest za to deszcz. Gracias, koniec atrakcji, proszę ruszać dalej. ¡Adiós!
Po drodze chcemy zwiedzić jakieś słynne groty z malunkami naskalnymi, ale na szczęście zanim nadrobimy kilometrów, internety mówią: „otwarte tylko w sezonie”, więc kierujemy się dalej na zachód. Pusta Playa Gueirua oferuje super widoczki na postrzępione skały. Ależ tam dziko i pięknie! Kawałek dalej jest Playa de Silencio, na którą prowadzi niedługi szlak. Plusem niskiego sezonu jest też brak opłaty za parking, chociaż panorama warta każdych pieniędzy.
Następnego dnia od samego rana leje. Czas zatem odwiedzić pobliskie miasto Oviedo – stolicę Asturii. Trwa właśnie jarmark (La Feria de la Ascensión), więc centrum zamienia się w strefę zabaw i gier, targi rzemiosła i wystawę lokalnych ras zwierząt domowych. Gra orkiestra, leje się cydr. Woda w fontannie na głównym placu zmienia się w mleko (szok). I nawet się rozpogadza (jeszcze większy szok). Po co my tu właściwie przyjechaliśmy? Po ser!!! Lokalni serowarzy oferują ponad 300 gatunków wyrobów! Z mleka krowiego, koziego owczego i mieszane w różnych proporcjach. Od dojrzałych – ostrych, przez różne śmierdziuchy-pleśniuchy, aż po łagodne, mleczne krążki. Nie musimy Wam chyba mówić, że trochę tego załadowaliśmy do plecaka.
Skoro chwilowo wyszło słońce, jedziemy kwadransik za miasto, zrobić 6-kilometrowy spacer z widokami na wzgórza i rzekę wijącą się leniwie między nimi. Część trasy biegnie starym traktem kolejowym, zamienionym w elegancką, asfaltową ścieżkę. Jest też długi tunel, którego końca nie widać i przez chwilę zastanawiamy się, czy przypadkiem nie prowadzi do równoległego wymiaru, ale skoro czytacie te słowa to znaczy, że ostatecznie udaje nam się wyjść w naszej rzeczywistości. Tylko trzeba trochę przyspieszyć kroku, bo cierpliwość chmur się wyczerpuje i już zaczyna kropić.
Jak przystało na tutejszą złośliwą pogodę, po deszczowym, chłodnym weekendzie (ba! w górach, 50km od nas spadło sporo śniegu!!!), nadchodzi słoneczna aura. We wtorek temperatury rosną z 15 na 30 stopni. Nie można tego nie wykorzystać. Składamy szybkie podanie o urlop w środę i otrzymujemy natychmiast zgodę, a nawet prowiant od firmy na drogę – takie to plusy bycia swoim własnym szefem, he, he.
Jeziorka Covadonga są bardzo popularne w regionie, dlatego w sezonie nie można tam dojechać samochodem i trzeba na ostatnich kilkunastu kilometrach skorzystać ze specjalnych autobusów (parking na górze nie pomieściłby tyle aut). Tak jest między czerwcem a wrześniem i w każdy weekend maja, więc tym lepiej, że właśnie jest środek tygodnia. Rzeczywiście, turystów jest bardzo dużo, ale co się dziwić, skoro widoki na Park Narodowy Picos de Europa są tak spektakularne, a miejsce tak łatwo dostępne. Nad jeziorami Enol i Ercina pozują instagramerki w kolorowych sukienkach i butach na obcasie, publikując natychmiast rolki z podpisem „ukryty raj Hiszpanii”, mimo że obok stoi 300 osób robiących dokładnie to samo. Obok piknikują rodzinki z dziećmi, a emeryci na wycieczce autokarowej chwytają piękne chwile i witaminę D. Panorama ośnieżonych szczytów odbija się w lustrze wody, słońce grzeje, ale jakoś męczy nas ten tłum. Idziemy na pobliską starą kopalnię rudy żelaza i punkt widokowy na ogromną zieloną dolinę.
Początkowo planowaliśmy obejść jeziorka dookoła, ale okazuje się, że po kilku tygodniach intensywnych opadów, ścieżka jest totalnie podmokła i zapadamy się w błocie po kostki. Pada komenda „w tył zwrot” i oddalamy się w kierunku Mirador del Rey, czyli królewskiego punktu widokowego. Na trasie już tylko kilkoro wędrowców, stada krów i dźwięk ich dużych dzwonków na szyjach. Gdzieniegdzie opuszczone chaty pasterskie z kamienia. A w tle nagie, pobielone góry wysokości 2500m. n.p.m. Ale tu alpejsko – czujemy się jak w Szwajcarii!





























































































































































































