Jak to jest, że kiedy jedziemy do Hiszpanii muszą być jakieś ulewy, powodzie i trąby powietrzne? Dobrze, że hiszpańskie służby jeszcze nie pokojarzyły tych faktów i pozwalają nam przekroczyć granicę, he, he.
Koniec stycznia to w tym roku wcale nie koniec zimy. Najstarsi Szczecinianie nie pamiętają mrozów i śniegu przez tak długi czas. To najwyższa pora, żeby zapakować dobytek i ruszyć na południe, na „Prackacje 5.0”. Tymczasem przez Andaluzję przechodzą trzy hiper deszczowe niże atlantyckie. Jednak tym razem leje wszędzie, tylko nie w Aguadulce koło Almerii, gdzie tymczasowo zamieszkaliśmy. Hurra!
Jadąc tu ze Szczecina samochodem, czwartego dnia drogi, zatrzymujemy się na krótki postój nad słynnym różowym jeziorek koło Torrevieja. Dobrze, że mamy drona, bo z poziomu wody w ogóle tego koloru nie widać.
Pierwsze dni, jak zawsze spędzamy na zwiedzaniu najbliższej okolicy po pracy. Miasto jest totalnie nieturystyczne i bardzo nam się to podoba. Ludzie, jak to w Hiszpanii, mili i uśmiechnięci, chociaż trochę narzekają na wicher i chmury, a my się cieszymy, że jest 30 stopni cieplej w Polsce.
- DCIM100MEDIADJI_0437.JPG
W sobotę zapowiadają słońce do południa, więc jedziemy do Almerii. Kręcimy się po mieście, zachodzimy na duży targ. Ceny warzyw i owoców wcale nie mniejsze niż w supermarketach, więc kupujemy tylko lokalne słodkości: wielką torbę porras (czyli takich grubych churros) i leche frita (coś jakby smażony, bardzo gęsty budyń).
Idziemy do twierdzy Alcazaba, która ma ponad tysiąc lat i widziała więcej dramatów, podstępów i bitew niż przeciętny serial historyczny. Budowali ją Maurowie, rozbudowywali chrześcijanie, a każdy kolejny władca najwyraźniej myślał sobie: „Ok, ale ja bym tu jeszcze coś dołożył”. Przetrwała trzęsienia ziemi, oblężenia i zmiany dynastii, więc spokojnie mogłaby prowadzić wykłady z zarządzania kryzysowego. My przechodzimy tu szybki kurs, jak nie dać się zdmuchnąć z baszty.
Jeszcze szybkie zejście do katedry, trochę bezcelowej włóczęgi po wąskich uliczkach i ogromnym żelaznym molu (El Cable Inglés) i czas wracać, bo chmurzyska ewidentnie już nas wyganiają.
W niedzielę ruszamy na Dziki Zachód. 40 minut samochodem i jesteśmy w miasteczku Texas Hollywood. Włosi(!) kręcili tutaj, na Desierto de Tabernas swoje „spaghetti westerny”, czyli filmy, w których przeszywające spojrzenia kowbojów w ekstremalnym zbliżeniu trwają dłużej niż nasza droga ze Szczecina do Andaluzji. Głównym hobby rewolwerowca jest stanie w pełnym słońcu i czekanie aż przeciwnikowi drgnie powieka. Kilka uliczek i budynki (lub tylko fasady) przenoszą nas raz do Texasu, raz do meksykańskiego puebla, a raz do indiańskiej wioski. W samo południe (a jakże), w saloonie panie tańczą cancana, kowboje leją się po gębach i strzelają. Najśmieszniejsze jest, jak zamawiają w barze whisky, ze swoim andaluzyjskim akcentem „ŁIKI”. O 14:30 ma być jeszcze jakieś widowisko na głównym placu, koło szubienicy, ale chyba starczy nam tych „atrakcji”
- DCIM100MEDIADJI_0398.JPG
Opuszczamy miasteczko i pieszo (nie ma naszych rumaków – czyżby koniokrady?) i idziemy na trek po pół-pustyni, bo co nam innego zostało? Buty przejmują dowodzenie i niosą nas przez kilka godzin bez pytania o zdanie. Suche koryta rzek, górki we wszystkich odcieniach beżu i mini-krzaczki. Rzeczywiście, możemy się poczuć, jak bohaterowie spaghetti westernu.























































































































































































1 komentarz
Krajobrazy niesamowite. No i, że będąc w Hiszpanii, byliście w plenerach westernów.