Po co jeść bułkę w domu, skoro można nad Poço… Azul? Jak pomyśleli – tak zrobili. Godzina samochodem do Parku Narodowego Peneda-Gerês. Prowiancik i dużo wody do plecaka i heja na szlak! Początkowo, rzecz jasna, trzeba się trochę zgubić i przejść paręset metrów po krzakach, bo jak wiadomo – trekking bez podrapanych łydek, trekkingiem straconym. Na szczęście, szybko wychodzimy na prostą. Ciśniemy w pełnym słońcu, ostro pod górę. Nagle dobiega nas jakiś hałas. Skąd to? Co to? Rozglądamy się – dookoła ani jednego turysty. Okazuje się, że w małym jeziorku żaby urządziły romantyczny festiwal randkowy. Każdy samiec rechocze, próbując zaimponować samicom, które udają niedostępne. Woda aż drży od rzegotu, a sąsiadujące ślimaki rozważają przeprowadzkę, zawstydzone tą nieskrywaną miłosną swawolą.
Człapiemy coraz wyżej, aż w końcu naszym oczom ukazuje się Poço Azul, czyli dosłownie „niebieska studnia”. Tak naprawdę to błękitny staw z wodą tak przejrzystą, że aż podejrzanie idealną, plus mini wodospad w gratisie. I najlepsze: przez dłuższy czas mamy to wszystko tylko dla siebie. Szum chłodnej wody, śpiew ptaków i błękitne niebo powodują, że trochę czujemy się jak w jakieś symulacji AI. Tylko pot lecący po… plecach i burczenie w brzuchu przypominają, że to jednak rzeczywistość. Konsumpcja bułek i czekolady i czas wracać do realu, zwłaszcza że pojawia się kilkoro innych turystów.
- DCIM100MEDIADJI_0957.JPG
Droga w dół wiedzie częściowo wzdłuż potoku, a częściowo szerokim, piaszczysto-żwirowym szlakiem pod sporym nachyleniem, więc oczywiście kolana są nam bardzo wdzięczne za tę wycieczkę. Na szczęście, większość czasu w cieniu dębów, więc przynajmniej słońce nie pali. W samochodzie klima ratuje żyćko. Na mapie niedaleko jest jeszcze jeden wodospad, więc podjeżdżamy tam w kilka minut, ale nie robi dużego wrażenia. Przez małe wioseczki, krętymi drogami zmierzamy do Bragi, zatrzymując się jeszcze nad rozlewiskiem rzeki. Ładnie tam.
Jak to jest, że cały tydzień, gdy jesteśmy w pracy są upały, a jak przychodzi niedziela i można by wybrać się gdzieś dalej, to prognozowane są deszcze i burze już od południa? Chyba nie wykupiliśmy pakietu premium na pogodę i starczyło tylko do soboty. Cóż zatem robić w kilka godzin do obiadu? Udajemy się tam, gdzie wielu mieszkańców Bragi w weekendy, czyli nad rzekę Cávado – tak tę samą, której ujście podziwialiśmy we mgle tydzień wcześniej. Akurat trafiamy na triatlonistów dopływających do brzegu i wskakujących na rowery. Potem jeszcze kilometr czy dwa idziemy brzegiem rzeki, ale szału nie ma.
Jako, że mamy doktorat ze szlajania się po atrakcjach, które nikogo nie interesują, jedziemy na naprędce wynaleziony na mapie zamek – Castro de Saboroso. Niegdyś dumna osada z epoki żelaza, zamieszkana przez plemiona przedrzymskie. Z tabliczek informacyjnych dowiadujemy się, że świetnie ilustruje rozwój wczesnych społeczności obronnych na Półwyspie Iberyjskim i ich przystosowanie do ukształtowania terenu. No cóż, jak na nasze oko, to najlepiej ilustruje wspaniałe umiejętności kamuflażu – już nawet nie widać fragmentów murków pozostałych po okrągłych smerfo-domkach. Wszystko porasta ocean paproci. Idealne miejsce, by ćwiczyć wyobraźnię. Czy dziwi Was, że nikogo nie spotkaliśmy w tym pasjonującym obiekcie turystycznym?
To może inny punkt na turystycznej mapie okolic Bragi uratuje sytuację? Mamoa de Lamas (nie mylić Jasonem Momoa) to grobowiec sprzed 5000 lat. Najdziwniejsze jest to, że przez milenia siedział ukryty i dopiero 30 lat temu przypadkiem odkopano go podczas prac ziemnych. O jego odkryciu jest nawet fascynujący 26-minutowy filmik na YouTubie. Czy jesteście zaskoczeni, że tu też nie spotkaliśmy ani żywej duszy? No dobra, koniec tych atrakcji. Na niebie formują się chmury, a nam formuje się mały głód, więc czas wszamać coś słodkiego i lokalnego.
Portugalczycy traktują słodkości nie jak dodatek, lecz jak narodowy skarb, który poprawia każdy dzień. Króluje oczywiście najsłynniejszy Pastel de nata, ale nie tylko! Miejscowi kochają Pão de Deus za kokosową chrupkość i miękkie wnętrze, które idealnie pasuje do porannej kawy. Queque uwielbiają za prostotę, a Bolo de arroz daje im złudzenie lekkości, choć wszyscy wiedzą, że nie chodzi tu o żaden ryż, tylko o cukrową przyjemność. Queijo Requeijão cenią za delikatność i to, że balansuje między serniczkiem, a zwykłą przekąską.
Odkryliśmy jednak, że Portugalia to raj dla miłośników kogla-mogla, bo krem z żółtek dodają do wielu słodkości. Bola de berlim com ovo to pączek uwielbiany za jajeczny krem, który rozpływa się i brudzi dłonie, ale nikt się tym nie przejmuje. Są też Ovos moles de Aveiro ze swoim jedwabistym, niemal płynny żółtkiem, zamkniętym w cienkich opłatkach (świetne na trekking, o ile nie rozgniotą się w plecaku). No i Pão de ló húmido, czyli ciasto, które w Polsce byśmy uznali za totalny zakalec, ale tak ma właśnie wyglądać – okrągły biszkopt, z którego dosłownie wylewa się wilgotne, jajeczne wnętrze.
A że jesteśmy już niemal 4 tygodnie w Bradze, to nie można nie spróbować Tíbii – w tym mieście uwielbiają tibię nie tylko za smak, ale też za jej charakterystyczny kształt. To podłużne ciastko zakończone dwoma kulkami z ciasta parzonego przypomina… no cóż, piszczel (stąd portugalska nazwa „tibia”), a myśleliście, że co innego, świntuchy? Wypełnione obficie kremem (no, oczywiście, że z żółtek) i posypane cukrem pudrem. Nie pytajcie, dlaczego przez dwa miesiące w Portugalii przypałętało nam się kilka dodatkowych kilogramów.
- Ovos moles de Aveiro
- Pão de ló húmido
- Od lewej: Queque, Bola de berlim com ovo, Bolo de arroz, Queijo Requeijão, Pão de Deus
- Tíbias de Braga
- Tíbia de Braga
- Pastel de nata
Ostatni tydzień w Bradze pogoda paskudna. W piątek nieco się przeciera, więc jesteśmy na jednym z najwyższych wzgórz miasta. Wiadomo, że z buta, ale można też dojechać 150-letnim funicularem (windo-tramwajem). I tu coś dla miłośników techniki – on działa na wodę. Wagonik u góry wypełniany jest wodą i na zasadzie przeciwwagi jedzie w dół i wciąga drugi w górę. Na dole spuszcza się wodę. Czy to nie genialne? Kręcimy się jeszcze po ciekawych wizualnie schodach prowadzących do znajdującego się na szczycie kościoła. Tu co piętro, to bardziej makabryczna fontanna. Łazimy trochę po ogrodach i szumnie zwanym „jeziorku”, które jest tak małe, że można je przepłynąć wpław w 10 minut, a ludzie wynajmują tu łódeczki.
I to już koniec portugalskiej części tych prackacji. Czas wracać do Hiszpanii!
- DCIM100MEDIADJI_0199.JPG










































































































































1 komentarz
Widoki na zdjęciach są tak piękne. Jakby ktoś je na malował , nazwano by je kiczem. Ale natura nie boi się takich określeń i „rzeźbi” jak chce. No, a labirynt ze schodów do kościoła, to już fantazja architekta sięgnęła szczytu.
Pięknie opisujecie swoje wędrówki.