Szutrówkami przez sawannę, góry i przełęcze docieramy do (ponoć) najstarszej pustyni na naszym globie. Po drodze przez ulicę przebiega nam rodzinka surykatek, strusie, antylopy, gazele i oryksy, których nie udało nam się zobaczyć w Omanie (nie, nie te same 🙂 )
Pustynia Namib zachwyca. Pierwszego dnia udaje nam się wspiąć na diunę 45 i podziwiać z niej inne okoliczne wydmy.
Następnego dnia jedziemy jeszcze dalej, do Deadvlei. Tym razem offroad! Obniżamy ciśnienie w oponach i ruszamy przez piach. To tylko 5 km, ale za to jakie emocje! Nadprodukowaną adrenalinę pożytkujemy na wspięcie się na Big Daddy, czyli najwyższą wydmę w okolicy (325m). Mamy pełno piachu tu i ówdzie, a zwłaszcza ówdzie. Na diunę wspinamy się 45 minut, a zbiegamy z niej w 5. Czujemy się jak Neil Armstrong na Księżycu, sadząc ogromne susy po zboczu. Jest fantastycznie!
Uchachani jak dzieci zlatujemu wprost do wyschniętego około dżilion lat temu bagna. Teraz to tylko skorupa z zeschniętymi drzewami. Jest surrealistycznie! Dookoła tylko cztery kolory – pomarańczowa pustynia, biała glina, kobaltowe niebo i czarne kikuty akacji. Tak właśnie zapamiętamy Deadvlei.
[ZASKOCZENIE DNIA, A WŁAŚCIWIE NOCY]
Jest zima i spodziewaliśmy się dużo niższych temperatur, tak jak w Australii. Tymczasem, po zapadnięciu zmroku (ok. 17.30) jest jeszcze całkiem nieźle przez kolejne 2 godziny. W środku nocy też nie marzniemy w naszym namiocie. Jest chyba +4 stopnie. Śpiwory dają radę.




































































































