Lot z Santiago do Calamy to najlepsza podróż samolotem, jaką dotychczas przeżyliśmy. 1500 km drogi nad Andyjskimi szczytami po prostu nas powaliły. Jeszcze nigdy nie przelecieliśmy całego lotu z nosami wlepionymi w okienko. Widoki warte każdych pieniędzy, a my zapłaciliśmy tylko 100 zł – deal życia!
A potem lądujemy na Pustyni Atacama i znów nas rozwalają widoki. Niestety, w miasteczku San Pedro de Atacama busik wysadza nas nie tam gdzie trzeba. Godzinę łazimy z plecakami i każdy nas kieruje gdzie indziej. Karta SIM, którą kupiliśmy w Santiago jest tu bezużyteczna – nie możemy się połączyć z naszym hostem z Airbnb. Nawet lokalesi nie mogą się z nim połączyć ze swoich komórek. W końcu jakiś miły facet chilujący w hamaku (w końcu to Chile) mówi, że wie gdzie to jest, ale to za daleko na pieszo, więc nas podwiezie, bo i tak nie ma nic do roboty. Co za przemiły gość. W dodatku nic za to nie chce. Muchas gracias!!!
Zmęczeni i wygłodniali szamiemy quesadilllas i ogromną empanadę. Popijamy herbatką z liści koki. Ale raczej się nie uzależnimy – koka ma mniej wspólnego z kokainą niż śliwka ze śliwowicą. Nasze pueblo jest na wysokości 2400 m npm (jak polskie Rysy), więc żucie lub picie koki pomaga radzić sobie z wysokością.
Nad Andami


















