Tyle razy już byliśmy w Hiszpanii, ale Kraj Basków jakoś nigdy nie był po drodze. Teraz wreszcie mamy 3 dni urlopu, żeby wycisnąć z niego jak najwięcej. W poniedziałek żegnamy Gijón, które było naszą bazą przez cały maj. Mamy uczucie niedosytu, bo zobaczyliśmy tylko niewielki skrawek Asturii – może jeszcze kiedyś tu wrócimy. Trzy godziny autem i już jesteśmy w Baskonii, co od razu widać po nazwach miejscowości wyglądających tak, jakby kot przebiegł po klawiaturze. Jak pewnie wiecie, język baskijski nie jest spokrewniony z żadnym indoeuropejskim językiem.
Zatrzymujemy się w małym pensjonacie koło Gaztelugatxe. Szybki lunch i idziemy ok. 5 km do miejsca, które już dawno mieliśmy zaznaczone na naszej podróżniczej mapie. Niby odcinek niedługi, ale cały czas ostro pod górę i w pełnym słońcu, aż wreszcie naszym oczom ukazuje się wysepka San Juan de Gaztelugatxe połączona z lądem wysoką groblą i setkami schodów, których liczba wydaje się rosnąć proporcjonalnie do zmęczenia. Każdy fan „Gry o Tron” zna to miejsce jako Dragonstone – rodowe zamczysko Targaryenów. Co prawda, nie ma tu dzisiaj białowłosej Daenerys, ba! nie ma nawet zamczyska, bo było tylko efektem komputerowym, a zamiast smoków przemykają chyłkiem 10-centymetrowe jaszczurki, ale i tak jest fantastycznie!
Jak mawiał klasyk: „Jest prawda czasu i prawda ekranu”. To, co dla bohaterów serialu było plażą tuż przy zamku, w rzeczywistości znajduje się ok. 80km dalej. Ale przecież nie odpuścimy sobie tak spektakularnych widoków, tylko dlatego, że trzeba tam jechać 1,5h samochodem, co nie? Musimy się tylko wstrzelić między ulewę a godzinę odpływu następnego dnia.
Każda z naszych trzech apek pogodowych pokazuje co innego, ale są mniej więcej zgodne, że ok. 10.00 przestanie padać. Jedziemy w strugach deszczu na wybrzeże w okolicy plaży Itzurun. Gdzieś w zielonym polu jest mały parking, gdzie się zatrzymujemy. Po kilku minutach spaceru, już jesteśmy na punkcie widokowym Begiratokia – Baratzazarrak. Oczywiście, zamiast jak normalni ludzie pstryknąć trzy foty z góry, powiedzieć „Ale tu pięknie!” i wracać, postanawiamy zejść krętą ścieżką na sam dół klifu, bo już przestało padać, a poza tym, to nie tak daleko. To, co widzimy na dole przechodzi nasze wyobrażenie. Jeśli nie spaliście na geografii w podstawówce, to wiecie, że wiele skał osadowych wygląda jak włoska lasagne – kolejne warstwy jedna na drugiej. Ale tu, w północnej Hiszpanii, miliony lat ściskania lądów przekręciły tę lasagnę pinowo. Woda wypłukała miękkie osady, niczym pomidorowy sosik i zostały tylko twardsze „płaty makaronu”. Fachowo, nazywa się to „flisz”, ale nie trzeba ani znać tej nazwy, ani udawać eksperta od ruchów tektonicznych, żeby być pod wrażeniem. Jest cudownie! Za to mniej cudownie jest wdrapywać się z powrotem na górę (teraz jest już jasne, dlaczego nikt to się nie zapuszcza). Trudno – niewielka cena za super widoczki.
To była dopiero przystawka. Teraz czas na główne danie: szlak wijący się przez zielone pagórki do plaży koło w miasteczku Zumaia. Problem w tym, że wszystkie trzy apki pogodowe najwyraźniej zmówiły się przeciwko nam i zamiast obiecanego „niewielkiego zachmurzenia” dostajemy niemal ciągły deszcz. Do kompletu wieje tak, jakby gdzieś nad głową właśnie przelatywał zirytowany smok Targaryenów. W końcu jesteśmy na słynnej plaży. Z góry trochę zawód – fliszu jest mniej niż na Begiratokia – Baratzazarrak. „To tyle?” – myślimy. Ale wtedy podnosimy wzrok i… BUM! Oto one: ogromne klify pocięte pionowymi pasami, dokładnie takie, jakie pamiętamy z serialowych ujęć. I nagle cały ten deszcz, wiatr i zmęczenie przestają mieć znaczenie. No, po prostu WOW! Nawet niskie chmury nie były w stanie zepsuć tego widowiska. Warto było zmoknąć.
Ostatni dzień baskijskich wakacji spędzamy w Bilbao. Kręcimy się po starym mieście i po dziwnych dzielnicach, gdzie mało kto mówi po hiszpańsku, a wszędzie unosi się zapaszek mniej lub bardziej pokątnie palonych ziół relaksacyjnych. Potem kolorowe uliczki, słynne muzeum sztuki nowoczesnej z gigantyczną pajęczycą na dziedzińcu. Smażymy się w słońcu, jak ośmiornice na hiszpańskich patelniach. Potem wjeżdżamy funikularem na najwyższy punkt w mieście, żeby obejrzeć Bilbao z góry. Cały czas zastanawiamy się, jak to jest, że przejście 20km w górach jest mniej męczące niż 10km w mieście. Chyba dziczejemy na starość i chyba nawet trochę nam się to podoba. Jeszcze tylko sławny sernik baskijski na ząb i czas wracać.
Kolejne 2 dni przejeżdżamy Francję. Jest piątek – nasza 22. rocznica ślubu i zaplanowaliśmy ją spędzić w nowym kraju. Luksemburg to 56. państwo na naszej liście. To trochę jak z Krajem Basków – tyle razy przejeżdżaliśmy obok, ale nigdy nie było czasu zatrzymać się tu na dłużej. Luksemburg nam się podoba, bo ma darmową komunikację miejską, więc zostawiamy auto pod hotelem i od razu ruszamy do centrum. Z autobusów i tramwajów korzystają nie tylko niskobudżetowi turyści, czy studenci, ale też urzędnicy europejskich instytucji w garniturach. Wkoło słychać wszystkie języki Europy. Centrum stolicy jest ładne i spokojne, chociaż turystów mnóstwo. Stara architektura łączy się z nową. Doliny łączą się ze wzniesieniami, ale miejskie windy (jak w Monako, czy Andorze) pozwalają zaoszczędzić sporo dreptania w górę. To małe księstwo okazuje się fajnym miejscem na krótką wizytę – wszystko jest blisko, wygodnie, choć trochę zbyt dobrze poukładane, żeby chciało się tu zostać na dłużej. Następnego dnia jesteśmy znowu w Szczecinie – w przedpokoju wiszą zimowe kurtki, a kalendarz otwarty na styczniu.
To już koniec tegorocznej wyprawy, ale oczywiście nie koniec planów, bo mapa świata wisi w domu i kusi nowymi, nieodkrytymi miejscami.






























































































































































































