Wstyd się przyznać, ale nie byliśmy nigdy na Słowacji. Ostatnie dni kalendarzowego lata kuszą dość dobrymi prognozami, więc pakujemy samochód i ruszamy do wioski Svätý Kríž niedaleko Liptowskiego Mikulasza.
Niedziela
Ruszamy w Wysokie Tatry, ale mając świadomość, że jesteśmy tylko leszczami Z Niziny Szczecińskiej, nie zamierzamy od razu udowadniać sobie, że jakimi jesteśmy górołazami. Dziś przed nami niewymagający szlak na Popradské Pleso, czyli po naszemu Popradzki Staw. Ponoć w połowie września jest już mało ludzi. No cóż – mamy chyba inne standardy, bo zazwyczaj mijamy na szlakach kilka, może kilkanaście osób (albo nikogo), a tu są setki. Co się zatem dzieje w środku sezonu, trudno nam sobie wyobrazić. No, ale nie ma co się dziwić – słońce świeci, a widoki na najwyższe części Tatr są przecudne.
Poniedziałek
Pada, siąpi, chmury nisko. Dzisiaj nie ma co pchać się w góry. Można połazić ewentualnie w dolinach, ale w tej okolicy widziano kilka dni temu niedźwiedzie żerujące na borówkach i nie uśmiecha nam się na nie wpaść przypadkiem. Zwiedzamy Liptowski Mikulasz, odwiedzamy Janosika i zaglądamy nad „jezioro” Liptovska Mara, które jest drugim co do wielkości i objętości zgromadzonej wody zbiornikiem zaporowym Słowacji. Jest mokro, ale przynajmniej nikt nas nie zjada.
Wtorek
Słowacki Raj – taką sobie nazwę przyjął ten Park Narodowy, ale jeśli macie lęk wysokości, albo po prostu czujecie się niepewnie na drabinkach i metalowych stopniach bez poręczy, to nie będzie to raczej rajskie doznanie. Idziemy się na na szlak Suchá Belá, wiodący „Suchą Białą” rzeką/potokiem. Teraz rzeczywiście może ze 20-30 osób mijamy na trasie. Co jakiś czas trzeba się wdrapać po drabinie, ale najgorsze dla Sabiny okazują się drabiny poziome – nogi nieco miękną i dobrze, że Piotr trzyma za rękę. Ufff… Dobrze, że powrót nudnym, prostym szlakiem w dół.
Środa
Svätý Kríž leży w dolinie między Tatrami Wysokimi, a Niskimi. Dziś czas odwiedzić te drugie. Z samego rana wjeżdżamy kolejką pod Chopok i w 5 minut zdobywamy szczyt 2024m n.p.m. – tacy z nas alpiniści, he, he. Mimo słońca, jest zimno, bo lodowaty wiatr hula na całego. Potem grzbietem ruszamy na najwyższy szczyt tego pasma – Dziumbier (2040m n.p.m.). Po tej stronie już tak nie wieje, a słońce ostro daje czadu. Widoki rudo-czerwonych pagórków i zielonych kotłów są niesamowite. Dalej widać Liptovską Marę, a jeszcze dalej, jak na wyciągnięcie ręki są Wysokie Tatry – podziwiamy skaliste, poszarpane Rysy i Gerlach. Wow! Sami nie wiemy, czym zasłużyliśmy na tak wspaniałą pogodę i widoki. W drodze powrotnej słyszymy świstaki, ale nie możemy ich dostrzec – nieźle się pokamuflowały.
Czwartek
Dosyć tego dobrego – znowu pada, ale nie narzekamy. Śpimy dłużej, leniwe przedpołudnie. Czytamy, że gdzieś tu jest jakiś ciekawy, drewniany kościół i chcemy go zobaczyć. Tak, wiemy co sobie myślicie – od kiedy to oni zwiedzają kościoły? Ale ten jest wyjątkowy na skalę środkowej Europy – powstał kilka kilometrów stąd pod koniec XVIII w, a w XXw, kiedy miała powstać Liptovska Mara został rozebrany i na nowo złożony właśnie w Svätý Krížu. Nieźle, co?
Piątek
To był fajny wypad do Słowacji – 57. kraju na naszej liście. Na 5 dni wrześniowego, posezonowego urlopu, mieliśmy przepiękne trzy dni na trekking, trochę deszczu i – co najważniejsze – ani jednego osobistego spotkania z niedźwiedziem. Uznajemy więc wyjazd za sukces. Było smacznie i było śmiesznie. Czas się zbierać.

































































































































