Wybrzeże Algarve naprawdę nie jest przereklamowane. Tylko spójrzcie na te klify i na ten kolor oceanu! Teraz rozumiemy, dlaczego tyle osób przyjeżdża tu z aparatem, bidonem i butami trekkingowymi. Za każdym razem plan „krótkiego spaceru” dziwnym trafem zamienia się w kilkanaście kilometrów. Z tej perspektywy widzimy, jak bardzo poszarpane jest to wybrzeże. Chodzimy ścieżkami nad klifem i co chwilę zatrzymujemy się, bo nagle pojawia się kolejna zatoka, kolejna dziwna skalna iglica albo nowy odcień oceanu. Turkus przechodzi w szafir, szafir w granat, a my stoimy i staramy się, żeby muchy nie naleciały nam do otwartych z wrażenia ust. Ścieżka raz wspina się łagodnie, raz ostro opada w stronę małych plaż ukrytych między skałami. Klify mają kolor miodu i rdzy, a wiatr od Atlantyku robi darmową klimatyzację.
- /
W weekend wybieramy się 45km do Faro – stolicy regionu. Gdzieś czytamy, że jest tam kapliczka pełna ludzkich kości, więc idziemy zobaczyć to zjawisko. I co? Zamknięte. W środku trwają modlitwy. Drobna, starsza kobiecina, siedząca na schodkach tłumaczy, że skończą w południe. Kręcimy się bez celu po okolicy, podglądamy parę boćków na dachu, robiących to, co bociany wiosną lubią najbardziej. W końcu, o dwunastej z kościółka wychodzą (wszyscy) trzej modlący się. Ostatni publicznie ogłasza, że dzisiaj nie można w ogóle zwiedzać i zamyka drzwi na wielki klucz. O co chodzi? Dlaczego? Nie znamy portugalskiego na tyle, żeby zrozumieć szczegóły i tak jak pozostali turyści, odchodzimy z kwitkiem. Tak to już jest, jak ateiści chcą raz na dekadę wejść do jakiejś świątyni, he, he.
Ale, ale! Faro nie tylko makabrycznym, niedostępnym kościółkiem i starówką stoi! Jest tu także zupełnie inny świat — cichszy, bardziej płaski i zaskakująco dziki. To rozlewiska rzeki i mokradła, gdzie słona woda Atlantyku miesza się z wodą spływającą z lądu. Krajobraz tworzą tu laguny, trzcinowiska i płytkie zatoki, które na guglowskiej mapie przypominają skomplikowaną sieć kanałów i wysepek. Aby tam dotrzeć postanawiamy przepłynąć się maleńkim promem, który ma niby pływać co 30 minut. Oczywiście, w porcie okazuje się, że właśnie jest półtorej godziny przerwy obiadowej. Czekamy, a nad naszymi głowami przelatują nisko samoloty, bo tuż obok jest lotnisko. A jednak ptaki najwyraźniej mają to w nosie. Szczudłaki stoją spokojnie w wodzie, czapla poluje z miną pełną skupienia, a jakieś drobne ptaszki kręcą się w trzcinach. Być może po prostu uznały, że skoro ludzie nie potrafią latać cicho, to trzeba się do tego przyzwyczaić.
Dopływamy na wąski pasek plaży oddzielający lagunę od oceanu. Stojąc na szczycie dwu/trzy-metrowej wydmy, widzimy wodę po obu stronach – polski Hel wydaje się przy tym bardzo szeroki. Piach przesypuje się przez jedyną tutaj ulicę. Idziemy mostkiem znowu nad rozlewisko do trasy pieszej „Ludo”, czyli na drewnianą kładkę poprowadzoną nad mokradłami. Deski lekko skrzypią pod butami, a po obu stronach rozciąga się spokojna przestrzeń pełna ptasiego życia.
W niedzielę oddalamy się od wybrzeża. Jedziemy na wzgórza w okolicy Monchique. Trzeba zobaczyć słynne drewniane schody z 2023r. prowadzące w dół Barranco do Demo i wiszący mostek, łączący obie strony wąwozu. Tam sporo turystów, a widoczki niczego raczej nie urywają. Na szczęście, szlak prowadzi dalej i z każdym kilometrem, ludzi na nim ubywa. Jak okiem sięgnąć, wszędzie zielone zbocza (jeszcze niespalone letnim słońcem), kręte drogi i miękkie linie gór, które falują aż po horyzont. W małych dolinach kryją się białe domy z czerwonymi dachami, a powietrze pachnie eukaliptusem i sosną W oddali spory zbiornik wodny z dużą ilością brązowej wody, która pewnie spłynęła ze wzgórz po zimowych, obfitych deszczach. Jest jeszcze coś, czego do tej pory nigdzie nie widzieliśmy – drzewa częściowo obdarte przez ludzi z gąbczastej kory, z której później wyrabia się korki do wina.
- DCIM100MEDIADJI_0150.JPG



























































































































