Miało być tak pięknie, a wyszło jak zawsze. W potwornych strugach deszczu przekraczamy granicę norwesko- szwedzką (tym razem zero kontroli) i docieramy do parku narodowego Abisko. Na ulotce w centrum informacji czytamy, że to najbardziej sucha część kraju, ale nam przypadł w udziale chyba miesięczny opad. Zwiedzamy pobliski kanion i chcemy jeszcze wejść na górę Njullá, ale okno pogodowe malutkie, więc decydujemy się na wjazd kolejką linową i podejście ostatnich dwóch kilometrów do szczytu. Czasami prześwituje słońce, wchodzimy raz-dwa, chociaż wiatr urywa nam głowy. Jesteśmy w dolinie, gdy niebo zaciąga się sinymi chmurzyskami. Choć godzina jeszcze młoda, chcemy jak najszybciej rozbić namiot za Abisko i przeczekać deszcz bo i tak już ze zwiedzania nici. Tylko jeszcze zajedziemy po benzynę i chleb…
Ożesz k*#√@!!! Zjeżdżając z pompy benzynowej, zahaczamy oponą o ostrą, metalową krawędź! Pssssyyyt! Niech to szlag jasny trafi! Kapeć na miejscu. „Ale, nie jest tak źle” myślimy. „Przecież wykupiliśmy przed wjazdem dodatkowe ubezpieczenie na samochód”. Spędzamy pół godziny na infolinii firmy Uniqa. Wybierz jeden, muzyczka, wybierz trzy, muzyczka, wybierz dwa, itp. Kilka razy zrywa nam połączenie. W końcu miła pani w słuchawce mówi, że rozcięcie opony to nie zdarzenie drogowe i gówno nam pomogą. Cholera, co za dziady!

Piotr zakłada dojazdówkę, bo nie mamy zapasówki. Jeśli nie wiecie, co to, to spieszymy z informacją, że to takie małe koło jak do motoru, na którym można dojechać do najbliższej stacji, rozwijając nie więcej niż 80km/h. Kilkanaście kilometrów dalej znajdujemy nocleg na dziko przy fajnej chatce-schronieniu. Humory mamy podłe, a wiatr i deszcz jeszcze nas dobijają. Musimy się przekimać, bo i tak o tej porze już nic nie zdziałamy.
Wstajemy przed szóstą, żeby jak najszybciej dojechać 80km do Kiruny, czyli najbliższego miasta. W serwisie opon okazuje się, że naprawić za bardzo się nie da – koło zbyt uszkodzone. Na szczęście mają na stanie oponę w naszym rozmiarze. Na nieszczęście letnią (a my mamy całoroczne) i za taką kwotę, że w Polsce kupilibyśmy komplet na wszystkie koła. Trudno, jasny gwint. Bierzemy co jest, szczęśliwi, że możemy jechać dalej.
Nie możemy się długo dąsać na Szwecję – pogoda robi się doskonała, kultury jazdy na szwedzkich drogach można pozazdrościć i miejsc na dziki nocleg też. Znowu podziwiamy renifery, które również kulturalnie pasą się przy drodze i nie wyłażą na jezdnię.
Wyjechaliśmy już zza kręgu polarnego. Dziś w nocy w Arvidsjaur słońce zachodzi na 15 minut.







































1 komentarz
Dobrze chociaż, że byliście blisko miasta. I dało się wymienić oponę. Może Was „skroili” , bo widzieli , że jesteście bez wyjścia.