Jest upał – musi być burza. Tylko dlaczego akurat w weekend? Wykorzystujemy czas do południa, zanim pojawią się potencjalne pioruny. Najpierw Mirador de Fitu z fajnymi widoczkami na góry i krótka przechadzka po okolicy. Góry dumnie prężą się na horyzoncie, a wybrzeże wygląda bajecznie. Momentami aż trudno uwierzyć, że to nie fototapeta. Szkoda, że okno pogodowe takie krótkie – poszłoby się dalej!
Czytaliśmy, że niedaleko jest plaża z odciskami łap dinozaurów, więc wiadomo – musimy to sprawdzić. Dobrze, że przy plaży jest tablica z informacją, że oto właśnie przed nami znajdują się największe jurajskie ślady dinozaurów na świecie, bo inaczej zignorowalibyśmy te wgłębienia, a przecież dokładnie w tym miejscu, jakieś 150-200 milionów lat temu przechadzał się brontozaur i zostawił w błocie odcisk o średnicy 125 cm! Szok! Obok jest jeszcze kilka trójpalczastych mniejszych, które pozostawiły po sobie jakieś drapieżne typki. Przypomina nam się La Rioja i „szlak dinozaurów”, który robiliśmy w 2022. Sama plaża też jest bardzo ładna i szeroka – niesamowite, że podczas odpływu woda ucieka o 80-100 metrów! Siedzimy w cieniu klifu i zachwycamy się tym wszystkim, aż chmury nie powiedzą, że na nas czas.
W prognozach na niedzielę nie widać żadnych błyskawic, więc można bez obaw wybrać się w góry. Serpentyny prowadzą do malutkiej wioski Pelúgano. Zostawiamy samochód pod małym kościółkiem i ruszamy pod górę. Jeny!!! Jak tam ładnie – zielone łąki, szczęśliwe beżowe krowy i miękkie linie pagórków. Normalnie, świat hobbitów, więc melodyjki z „Władcy Pierścieni” samoistnie zaczynają nam plumkać w głowach. Ale sielanka nie trwa wiecznie. Robi się bardziej skaliście, a izohipsy gęstnieją, jak asturyjski ryż na mleku, więc mocno sapiemy na nachyleniu pod kątem 45 stopni. Zygzaki wydają się nie mieć końca, aż wreszcie pojawia się cel naszej wędrówki – Ojo de Buey, czyli gigantyczne okno w skale, przypominające okrętowy bulaj. Otwór ma ok.20 metrów średnicy i aż trudno uwierzyć, że to naturalny twór geologiczny, a nie jakieś gwiezdne wrota! Warto było się spocić!
W drodze powrotnej zatrzymujemy się na trochę w górnej części osady Pelúgano. Wiosek tego typu nadal jest bardzo dużo w Asturii. Czas się tu zatrzymał i gdyby nie samochody lokalnych mieszkańców, moglibyśmy pomyśleć, że cofnęliśmy się w czasie o 100, czy nawet 200 lat. Na środku kościółek, dookoła małe chatki z kamienia lub nieco większe domy z tradycyjnymi balkonami. Najbardziej charakterystyczne są spichlerze, czyli hórreos, stojące w każdym obejściu. Przypominają miniaturowe chatki z bajki na czterech lub sześciu nogach. Każdą z tych nóg u góry wieńczy wielki, płaski, gładki kamień, będący idealną zaporą anty-gryzoniową. Zboża, kukurydza, orzechy, jabłka, czy wędliny mogą leżakować w spokoju.
Osady, takie jak ta to sen każdego mieszczucha, marzącego o idyllicznym, wiejskim życiu – do czasu aż uświadomi sobie, że do najbliższego lekarza, czy choćby supermarkeru ma godzinę drogi (o ile ma samochód, a śnieg nie zasypie jedynej krętej drogi dojazdowej).
Dwa dni pracy przy kompie i znów urywamy się w środę, stęsknieni za górami. Pogoda mówi „idźcie”, więc nie dyskutujemy. W dodatku w tygodniu (w przeciwieństwie do weekendu) można podjechać własnym autem na początek szlaku w Poncebos. Pobudka: 5.45 (tak, to boli). Kierunek: Park Narodowy Picos de Europa – tym razem malownicze 22km wzdłuż kanionu rzeki Cares.
Rano jeszcze w miarę chłodno, pokonujemy początkowe przewyższenie z zaskakującym optymizmem i świetnym tempem. Potem cały czas ciśniemy ścieżką wykutą w skale. Czasem natrafiamy na kozy, czasem mosty, czasem tunele, ale niezmiennie widoki zachwycają, zwłaszcza, że ponad połowę drogi idziemy w przyjemnym cieniu. Morale wysokie i rozpędem docieramy poza Asturię, aż do Kastylii i Leon – miło zdobyć półmetek w nowym regionie Hiszpanii! Od razu pojawia się zakładka w głowie: „Trzeba tu kiedyś przyjechać na dłużej”. Kiedy jesteśmy na drodze powrotnej, słońce wyłazi zza skał i funduje nam 35°C, ale mamy dużo wody i kremu z filtrem, więc nie dajemy się! Po dotarciu do auta pijemy kolejne litry ukryte w bagażniku i siedzimy kilka minut w objęciach zbawiennej klimatyzacji.
Na koniec tylko punkt widokowy na Naranjo de Bulnes (po asturyjsku Picu Urriellu) – charakterystyczny szczyt wysokości 2519 m n.p.m., który rozpala wyobraźnię wspinaczy swoją pionową 550-metrową ścianą. Niestety, pochłania też ofiary. Brrrr… Wolimy popatrzeć z daleka. Szybka foto sesja i można wracać do Gijón z poczuciem, że ta środa została lepiej wykorzystana niż niejeden weekend w Szczecinie.
Czwartek, piątek i pół soboty intensywna praca. W niedzielę wyjeżdżamy na ostatni trek – ma być malownicza trasa z Alto de Coberotia do Alto de Gamoniteiro. Niestety, chmury zawieszone strasznie nisko. Na wysokości 1000 metrów nie widać już nic. Parkujemy na początku szlaku i się czujemy jak jacyś Gamoni-teiros, bo mleko dookoła. Widać tylko najbliższy krzak i najbliższy kamień. Totalnie bez sensu. Zjeżdżamy rozczarowani na dół.
W Gijón postanawiamy chociaż skoczyć na stanowisko archeologiczne, które mamy tuż pod nosem, ale przez miesiąc nie było czasu go zobaczyć. Na wzgórzu nad miastem, na zielonej łące jest kilka pozostałości po dawnych domach i studniach. Podobno żyli tu ludzie w epoce żelaza. Na końcu cypelka jest nieduża latarnia morska. Miejsce jest niesamowicie dziwne, bo wciśnięte w ogromne zakłady przemysłowe. Tuż obok są gigantyczne cysterny z gazem, a w dole hałdy węgla. Totalne pomieszanie starego z nowym, zielonego z czarnym, nostalgicznego z paskudnym.
I to by było na tyle. Tak kończymy nasze 4-miesięczne prackacje 5.0, które spędziliśmy w Andaluzji, Algarve, Bradze i Asturii. One też były mieszanką wielu doświadczeń: oceanu i gór, ulew i pożarów oraz skrajnych uczuć – od bólu po stracie kochanej Yubki, po zachwyt nad pięknem przyrody.














































































































































































































































