Na Atlantyku utworzył się cyklon Terese, który bezlitośnie chłoszcze nasze ukochane Kanary. Oczywiście, najmocniej dostaje się La Palmie, bo jest na pierwszej linii frontu. Barranco de Angustias, gdzie rok temu człowiek z gracją (albo jej brakiem) przeskakiwał przez niewinny strumyczek, teraz prezentuje się jako brunatna, wściekła rzeka, gotowa porwać wszystko, co się rusza i część tego, co się nie rusza. Na szczęście Armação de Pêra, czyli nasze obecne miejsce pobytu na południu Portugalii, dostaje tylko lekkie, trzydniowe „demo” całej tej apokalipsy – jakieś tam chmury, odrobina deszczu, trochę wiatru.
Może to ta pogoda, a może jakiś ambitny wirus postanowił dorzucić swoje trzy grosze – w każdym razie Sabina zalicza dwudniowy maraton w łóżku z gorączką. Timing idealny, bo przecież dlaczego zdrowie miałoby dopisać akurat wtedy, gdy zaczyna się robić ładnie. W niedzielę gorączka łaskawie odpuszcza, więc wybieramy się na koniuszek Portugalii do Sagres. Sam cypelek jest sprytnie odgrodzony przez fortecę, a żeby tam się dostać trzeba kupić bilecik. Sabina nadal w „trybie oszczędzania energii”, więc tempem niemieckich emerytów, powoli człapiemy do latarni morskiej. Nie jest ona ani urodziwa, ani szczególnie wysoka (mowa o latarni, a nie Sabinie), ale chwali się, że stoi na południowo-zachodnim krańcu Europy, a my lubimy zdobywać takie punkciki na mapie. Też tak macie?
- DCIM100MEDIADJI_0537.JPG
Na Przylądek Św. Wincenta jest tylko 7,5 km i w normalnych warunkach przeszlibyśmy się tam klifami, robiąc przy okazji milion zdjęć. Ale ponieważ połowa załogi działa obecnie na baterii rezerwowej, kontynuujemy styl emerycki i z pełną godnością podjeżdżamy sobie samochodem. Na miejscu klasyka gatunku: klify po horyzont, a w drugą stronę już tylko bezkres oceanu. To widok, który sprawia, że człowiek zaczyna się zastanawiać, czy dalej faktycznie coś jest, czy może kończy się mapa i zaczyna napis „tu są smoki”. I tylko jacyś podejrzanie pewni siebie odkrywcy, jak Kolumb, uparcie twierdzili, że jednak coś tam jeszcze istnieje.
Stąd da się tylko na wschód. Po drodze, w okolicach Vila do Bispo pojawia się znak drogowy na „Monumento Megalitico”. Cokolwiek to będzie – skręcamy. Oczom naszym ukazuje się Menhir z Padrão w pełnej krasie. To lokalna gwiazda prehistorii – taki kamienny celebryta, który od 6500 lat stoi i patrzy na okolicę, najwyraźniej nie mając lepszych planów. Najlepsze, że nie ma tu ani jednego turysty, ani obiekt nie jest w żaden sposób zabezpieczony! WOW! Można dotknąć kamienia gładzonego przez ludzi z epoki neolitu.
Czas na kolejny obowiązkowy punkt wycieczki samochodowej.Wpadamy na Ponta da Piedade, podziwiać kolejne formacje skalne z punktu widokowego. Kilkaset kroków po drewnianych kładkach i czas kończyć tę luźną niedzielę.









































