Jutro Wielkanoc, a my właśnie jedziemy z samego południa Portugalii na północ, do Bragi, która będzie naszym domem przez najbliższe cztery tygodnie. Portugalia to mały kraj, który można przejechać z dołu do góry w sześć godzin, ale klimat mocno się różni. Zniknęły palmy i klify, pojawiły się wzgórza z drzewami liściastymi – często z inwazyjnymi eukaliptusami.
Niedziela jest upalna. W całym mieście od świtu słychać tradycyjne fajerwerki i petardy. Na świąteczne śniadanie jemy tradycyjny, portugalski wielkanocny „folar”. Ciasto smakuje trochę jak chałka z cynamonem i anyżem, ale wygląda, jakby ktoś nie zrozumiał polecenia w przepisie „dodaj jedno całe jajko”. Potem czas zwiedzić starą część Bragi. Jest trochę turystów z innych części Portugalii, słychać też wielu Hiszpanów. Wszędzie kościoły bimbające różne melodie – nie wiemy, czy tak tu jest zawsze, czy tylko w Wielkanoc. Uff… Gorąc! Wpadamy do jakiejś kawiarenki na lody dla ochłody. Jeszcze ogród miejski, skwerek, murale.
Lany poniedziałek to w Portugalii już normalny dzień, ale my mamy wolne, więc trzeba gdzieś skoczyć. Wybór pada na spokojny szlak przez las w kierunku najwyższego punktu w mieście, na którym znajduje się jakieś sanktuarium, a potem grzbietem wzgórza na kolejne punkty widokowe. Pachnie eukaliptusem, ptaszki śpiewają, gorąco strasznie. Kiedy już jesteśmy pod sanktuarium i robimy sobie wesoło foteczki, pojawia się dym nad wzgórzem. Najpierw myślimy: „Habemus papam?”. Szybko jednak do nas dociera, że pali się las eukaliptusowy, dokładnie tam, gdzie zmierzamy. Bez dyskusji rezygnujemy ze szlaku na kolejne zaplanowane pagórki. Schodzimy na asfalt i pędzimy w dół, byle niżej, byle dalej od pożaru. Po drodze, w przeciwnym kierunku mijają nas kolejne wozy strażackie.
Po zejściu do miasta czujemy ulgę, ale widok strasznego, czarnego dymu, dokładnie tam gdzie byliśmy jeszcze godzinę temu robi potworne wrażenie. I pomyśleć, że wybraliśmy na dzisiaj tę trasę, jako „plan B”, bo blisko i bezpiecznie! Wcześniej chcieliśmy pojechać ok. godzinę samochodem na wschód pod granicę hiszpańską na trekking, ale były tam już ogniska pożarowe. Masakra! Jest dopiero kwiecień, a Portugalia już płonie!!!
Potem rollercoster pogodowy: dwa dni zimno i pada, dwa dni upały po 30 stopni. W sobotę na szczęście tylko 17, a w górach bliżej 10, co bardzo nas cieszy. Nasza apka monitorująca pożary (aktywne i potencjalne) wreszcie się całkowicie wycisza. Nie chcemy powtarzać akcji z poniedziałku. Jedziemy na północny-wchód do jedynego parku narodowego w tym kraju. Mimo niskich, ciemnych chmur, Park Narodowy Peneda-Gerês przypada nam do gustu. Odwiedzamy słynne 7 jeziorek z wodospadzikami. Pewnie w słońcu mają intensywniejszy kolor, a nam pokazały raczej filtr: „smutek i nostalgia”, ale i tak jest fajnie.
W niedzielę w górkach ma padać, więc jedziemy zobaczyć Porto. Pierwsze wrażenie: O rany, ile tu turystów! Dołączamy zatem do tysięcy innych przyjezdnych i tak jak oni łazimy uliczkami, cykamy zdjęcia zabytków, ogrodów i jemy lokalne przysmaki. Ba! Nawet zaliczamy rejs stateczkiem po rzecze Douro (lub Duero, jak kto woli). A wiecie, że Paryska wieża Eiffla ma w Porto dwóch kuzynów? Pierwszy to poważny Most Maria Pia. To ten typ, który pamięta, że „kiedyś to się budowało, porządnie, z żelaza, a nie to co teraz”. Nic dziwnego – w końcu zaprojektował go sam Gustave Eiffel. Drugi to jego młodszy, bardziej efektowny brat – Most Dom Luís I. Lubi, jak ludzie spacerują mu po górnym poziomie i robią zdjęcia o zachodzie słońca. Zawsze powtarza: „wiem, wiem, jestem ikoną miasta”. Jego twórcą był Théophile Seyrig – czyli uczeń mistrza Eiffla, który najwyraźniej chciał udowodnić, że też potrafi zrobić coś spektakularnego.
Niezależnie od tego, czy stoją nad Sekwaną czy nad Douro, wszyscy należą do jednej stalowej rodziny – trochę próżnej, ale zdecydowanie bardzo fotogenicznej.

































































































































































































































