Nadal mamy okno pogodowe, więc, żeby je jak najlepiej wykorzystać przed 7:00 już jesteśmy w trasie. Chcemy poeksplorować kanion Fjathrárgljúr. I wiecie, co? Szlak znowu nam zmkneli z powodu roztopów! Taki szlak, że niech go szlag. Spędzamy więc czas na wodospadzie i wielkich polach mchu.
W południe ruszamy na jeden z jęzorów największego w Europie lodowca – Vatnajökull. Zabieramy ze sobą lokalnego włoskiego przewodnika (a niech się chłopak przejdzie). Maszerujemy dziarsko przez morenę czołową i tu następuje załamanie pogody – deszcz i grad. A jakże inaczej! Nie dajemy się. Raki, czekany i pniemy się po lodowcu, niczym Urubko z Bieleckim. Uważamy, żeby nam Vincenzo nie wpadł do jakiejś szczeliny, bo to on ma kluczyki od wozu. Nagle przed nami pionowa ściana! Dawać tu linę! My nie wleziemy? Lina – siup, czekan – ciach, raki – pach, pach i już jesteśmy na górze. Tak oto bez butli z tlenem i bez rozbijania obozów przejściowych zdobywamy oszałamiające 1,5 km jęzora Svinafellsjökull. Obyło się bez odmrożeń i ofiar w ludziach.
W drodze do Höfn pstrykamy góry lodowe na Jökulsárlon, foki i renifery. Taka to Arktyka dzika!






































































