Następny dzień w Boliwii rozpoczynamy od dziwnych skał – jedna (tzw. skalne drzewo) wygląda jak pomnik Chopina tylko Fryderyka brak. Potem kolejne laguny z flamingami, lamami i bez. Wkoło wulkany szczerzą na nas stożki, jeden i drugi groźnie puszcza dymek, bo nadal jest aktywny. Najlepszy jest wulkan w 7 kolorach. Nie możemy oderwać od niego wzroku! W dodatku kolejne zwierzaki do naszej kolekcji: pustynny lisek (po hiszpańsku zorro) i 2 wiskacze, czyli wielkie króliki z ogonami wiewiórki.
Wykończeni jazdą po wertepach i disco lat 90tych, puszczanym przez naszego kierowcę, docieramy do hostelu zbudowanego z soli tuż na skraju Salar de Uyuni. Do końca życia Modern Talking i Haddaway będzie nam się kojarzył z Boliwią.

 

Dodaj komentarz