Trudno uwierzyć, że od tygodnia jesteśmy w Namibii. Już i dopiero. Z nad oceanu znów ruszamy w busz, zahaczając po drodze o tzw. Diunę nr 7. Zadziwiająco szybko docieramy asfaltem do Spitzkoppe, jednej z największych gór w tym kraju. To raj dla kampingowiczów. Kilkanaście miejsc noclegowych porozrzucanych jest na kilkunastu kilometrach. Tylko muchy nas wpieniają. Próbują włazić do nosa, oczu i uszu. Całe szczęście równiutko o 18.00 wszystkie nagle znikają. Czyżby w telewizji zaczynała się „Mucha” Cronenberga? I jaka nagle tu cisza! A jakie niebo! Gwiazdy tysiącami dosłownie spadają nam na głowę. Jesteśmy usytuowani pod samą górą, a granitowe zbocze promieniuje ciepłem w nocy, więc gacie z golfem zostają w plecaku.

Gdy jemy śniadanie, po skałach biegają śmieszne, małe zwierzaczki, przypominające świstaki. Nie znamy ich nazwy, więc mówimy o nich „goferki”. Wydają bardzo dziwne dźwięki, jak kozy/niemowlęta. Później dowiadujemy się, że to są rock dassie, czyli góralki przylądkowe. Byliśmy blisko, też na G ;). Są tu też spore jaszczurki i wiewiórki. Cały dzień spędzamy na eksplorowaniu okolicznych kamulców, które wyglądają jak połączenie australijskiego Kata-Tjuta i Karlu Karlu. Są tu także buszmeńskie malowidła naskalne. Niektóre mają nawet 4000 lat.

[KOMUNIKACYJNY IMPAS DNIA]

Żeby zobaczyć petroglify, trzeba wynająć przewodnika. Idziemy do recepcji kampingu.

My: Dzień dobry, chcielibyśmy obejrzeć malowidła.

On: O której chcecie?

My: Po południu można?

On: O drugiej, czy o trzeciej?

My: A to zależy od nas? Tylko my będziemy?

On: Nie, wycieczka zaczyna się o 2:30.

My: Dobrze, to przyjdziemy pod malowidła, bo nasz kamping jest 300 m stamtąd.

On: Musicie przyjechać do recepcji.

My: Nie będziemy się cofać 2 km, żeby wrócić praktycznie w to samo miejsce.

On: To ja muszę spytać się kierownika. (Krótka narada w klikającym języku damara). Musicie przyjechać na recepcję.

My: To rezygnujemy.

On: (Klik, kląsk, klik) No dobra, to bądźcie o 3.00 pod malowidłami.

 

Komentarze zabronione