Ruszamy na najwyższą górę Omanu – Jebel Shams. Droga jest trudniejsza niż wczorajsza na Jebel Akhdar, ale nikt tu nie kontroluje czy masz 4×4. Po drodze bierzemy na stopa Omańczyka. My znamy po arabsku ze dwa słowa, on po angielsku ze dwadzieścia, ale krzywo prosto się dogadujemy przez te pół godziny jazdy pod jego dom. Hammut zaprasza nas w podzięce na kawę i daktyle. Jest wyplataczem dywanów i prezentuje nam swoje dzieła, licząc chyba że coś kupimy. Jego synowie w liczbie sztuk 6, też uczą się tego fachu, ale zaczynają od wyplatania breloczków. Wypijamy pospiesznie niedobrą kawę i pędzimy dalej.
Docieramy na punkt widokowy, z którego widać szczyt Jebel Shams, na którym znajduje się jakaś baza, by następnie poginać 3-godzinnym szlakiem wzdłuż Wielkiego Kanionu Arabii. Kings Canyon w Australii to przy nim pikuś. Widoki niesamowite!
Zmęczeni docieramy do wioski, gdzie w lokalnym barze objadamy się za 20 zł na dwoje, ale oczywiście nie jest to arabskie jedzenie, bo takiego ze świecą szukać. Standardowo nie ma żadnego menu, więc kucharz zaprasza nas na zaplecze i pokazuje co ma w garach. Kuchnia indyjska, więc wciągamy curry ze smakiem.
Robimy się coraz lepsi w szukaniu miescówek na rozbicie namiotu. Dziś śpimy za jakąś wsią, której nazwy nie znamy, ale mamy płaski teren, drzewko do zawieszenia prysznica, w tle oczywiście góry i w promieniu paru kilometrów ani żywej duszy. Przez ok. pół godziny szaleli po pobliskich bezdrożach młodzi omańscy YOLO’erzy. Pędzili osobówką po chęchach i krzaczorach, radośnie nam machając i krzycząc „How are you?”, po czym zniknęli w kurzawie. Zostajemy tylko my i świerszcze.

 

Dodaj komentarz