I oto dotarliśmy pod/na/obok Uluru – wielkiego kamulca na środku pustyni. Wygląda zajebiście, lepiej niż na zdjęciach. Warto było przebyć tyle kilometrów z Polski do Australii, żeby to cudo zobaczyć. Piotr nawet próbował się na ten monolit wspiąć, ale brak kondycji i przede wszystkim 🙂 złe warunki pogodowe mu na to nie pozowoliły. Przyjechał ranger i zamknął wejście, bo za mocno wiało. Aborygeni proszą aby nie wchodzić na ich święta górę, ale generalnie większość ma to gdzieś – niektórzy w swoich książkach piszą, że w poprzednim życiu byli Aborygenami i maja teraz wielki szacunek i więź z ich kulturą, a i tak się wspieli na szczyt Uluru.

50 km od Uluru leży Kata Tjuta (Wiele Głów), podobne kamulce, ale mniejsze, równie ciekawe.

A jeszcze 310 km dalej leży sobie Kings Canyon, na który dotarliśmy następnego dnia. Tu jeszcze mniej turystów niż na Kata Tjuta – na całej trasie spotkaliśmy łącznie 6 Ozików, z czego połowa w japonkach. Nie mamy pojęcia jak się tu wdrapali. Obeszliśmy cały kanion dookoła po samej krawędzi. Krok dalej PRZEPAŚĆ! W nocy w kamperze zaparowane szyby w oknach pokryły się cienkim lodem – o tak, było zajebiście zimno. Na szczęście ofiar w ludziach nie odnotowaliśmy i po porannym „kolejno odlicz” ruszyliśmy w dalszą trasę.

[MĄDROŚĆ NA DZIŚ]

  • Żywe zwierzęta w Australii na wolności nie istnieją. Poza ptakami (wróbelki tu ciężko wypatrzeć, prędzej papugi i to całe stada) widzieliśmy tylko rozjechane przez samochody kangury, walabie i opony…

 [PORADY PRAKTYCZNE]

  • Bierz wszelkie informatory i je dokładnie przeglądaj. Czasem zdarzają się interesujące zniżki na atrakcje, noclegi i paliwo.
 

Dodaj komentarz