Opuszczamy Rapa Nui z uczuciem niedosytu – 5 dni, w tym 1,5 z ulewą, to zdecydowanie za mało. Po przylocie do Santiago kwaterujemy się u naszego hosta z airbnb. Mieszka na 26 piętrze w centrum miasta, podziwiamy Santiago by night z wysokości, a on mówi „Poczekajcie na widoki rano”. No i rzeczywiście, po otwarciu oczu następnego dnia nie wiemy, czy to dalej sen, czy jawa – za blokowiskiem rozpościerają się Andy cudownie ozłocone porannym słońcem. Wielkie, surowe i majestatyczne. Zazdrościmy Luisowi takiej panoramy na co dzień.

Po śniadaniu zbieramy się w fajniejsze okolice stolicy niż widzieliśmy naszego pierwszego dnia tutaj. Jest niedziela, więc standardowo ulica zamienia się w targowisko (jak widać, taki klimacik nie tylko na wioskach). Uderzamy do Parque Metropolitano de Santiago, który mieści się na pobliskim wzgórzu. Wjeżdżamy na szczyt funicularem, czyli skrzyżowaniem kolejki górskiej z tramwajem, po drodze zahaczając o zoo. Lamy (i nie tylko) zdecydowanie lepiej prezentują się na pampie niż w zagrodzie. Z samej góry jest fajny widoczek na miasto, który podziwiamy konsumując mote con huesillo. Jest to miejscowy przysmak składający się z ugotowanej pszenicy i brzoskwiń zalanych bardzo słodkim brzoskwiniowym kompotem. Fajna sprawa – można się najeść i napić jednocześnie – taki kompot z wkładką.

Kolejny dzień upływa nam na powrocie do domu, gdzie rozpoczynamy knucie planu na kolejną podróż.

[RADA PRAKTYCZNA]

W godzinach szczytu w centrum Santiago nie spodziewaj się, że wciśniesz się do metra, a z plecakiem to już w ogóle zapomnij.

 

Dodaj komentarz