Dubaj ma dwa oblicza. Stara Deira – znany nam klimacik azjatyckich i/lub arabskich miast (ogólny chaosik, śmieci na ulicy i sklepy z tandetą). Nowoczesne śródmieście – wypasione drapacze chmur, butiki z drogą tandetą, budowa goni budowę i centra handlowe wielkości małych miasteczek. W tych MALL-ochach na środku pustyni znajdziesz oceanarium, stok narciarski, lodowisko i Allah wie co jeszcze.
Wjeżdżamy na 124 piętro najwyższego budynku świata – Burj Khalifa. Ponad 450 m, a to ciut ponad połowa tego kolosa. Stąd widok na pustynię, skupiska wieżowców i Zatokę Perską. Wypatrujemy Burj Al Arab, czyli hotel-żagiel i pędzimy metrem w jego kierunku. W metrze tatuaż Sabiny robi sensację – cała arabska rodzinka go ogląda, a ok. 3-letnia dziewuszka przykleja się i mizia jej rękę przez pół drogi. Jej mama uśmiecha się oczami, bo tylko tyle widać 🙂
Przypadkiem znajdujemy plażę, z której widać ten tzw. 7-gwiazdkowy hotel.
Nie oszaleliśmy na punkcie tego miasta, ale my już tacy niemiastowi jesteśmy.

[ZAWÓD DNIA]
Nie wszyscy tu jeżdżą sportowymi kabrioletami 🙂
Zazwyczaj w nowym miejscu staramy się podróżować jak miejscowi, ale tym razem odpuszczamy sobie kupno Lexusa.

[CIEKAWOSTKA DNIA]
-Człowiek opuszcza Sri Lankę, ale Sri Lanka nie chce opuścić człowieka. Drugie śniadanie jemy w indyjsko-lankijskiej knajpie, a na drogę bierzemy jeszcze samosy. Arabską kuchnię ciężko tu znaleźć.
– Słowiański akcent w naszym hotelu – ruski night club na pierwszym piętrze. Dudniącą muzę słychać u nas na szóstym.
– Zła wiadomość dla lubiących piwo. W Carrefourze cała półka browarów, ale wszystkie bezalkoholowe.

 

2 odpowiedzi do W pustyni i w żelbecie

  1. Agata napisał(a):

    Ale jak to tak bez Lexusa? Nie żałujcie sobie. Raz się żyje!

Dodaj komentarz