Czy to normalne, żeby w wakacje wstawać o 4:30? O 5:10 jedziemy autobusem pod Park Narodowy Wilpattu, a muza w głośnikach wali na maksa. Mamy ochotę zabić kierowcę, który czasem się wlecze, a czasem pędzi jak obłąkany. Hałas rozsadza nam czachy, ale miejscowi wydają się nieprzejęci. Potem przesiadamy się do jeepa.
Szczęście do wielkich zwierzaków się wyczerpuje. Udaje nam się dostrzec 3 gatunki jelenia, dziki, cywetę (chyba), ptaki wodne i orły. Większość zwierząt wypatrzyła Sabina, choć kierowca miał robić także za przewodnika. Nie udaje nam się znaleźć niedźwiedzia azjatyckiego, a jeśli chodzi o lamparta, to są tylko ślady łap na piachu.

Spotykamy jeszcze jednego ptaszka – sępa lankijskiego. Charakterystyka okazu: prowadzi naszego jeepa, od pierwszego słowa podkreśla, że nie jest właścicielem auta, tylko kierowcą (by wysępić napiwek), potem pyta czy mamy spakowane śniadanie i mówi, że nic nie jadł (tak wysępia od nas bułkę). Od innych kierowców sępi ciasteczka. Widząc, że smarujemy się kremem do opalania, wyciąga łapę, mówi, że go boli krak i też chce trochę – huh? Na koniec, żebyśmy czasem nie zapomnieli o napiwku wspomina o chorej żonie. Tak w lesie, jak i w mieście warto się trzymać od takich ptaszków z daleka.

[LANKIJSKA PAZERNOŚĆ]
Sri Lanka nie jest bogatym krajem i to widać, słychać i czuć. Ceny transportu, jedzenia i biletów wstępu są bardzo niskie, ale nie dla turystów. Jeszcze w żadnym kraju nie czuliśmy się tak bardzo traktowani jak chodzące bankomaty:
– trzeba się mocno nagimnastykować, żeby nie przepłacać parokrotnie za jedzenie na mieście. Na zadupiu to w ogóle nie możliwe (wyjątkiem są supermarkety, gdzie ceny dla wszystkich są takie jak w Polsce)
– transport publiczny jest mega tani, ale sprzedawcy biletów autobusowych i tak nas często kroją podwójnie. To są oczywiście śmieszne kwoty rzędu 50 gr-2 zł, ale i tak nas wkurza ta nieuczciwość. Najgorsi są jednak tuktukarze na południu, którzy zdzierają nawet 5 razy tyle, co normalnie i wychodzi jak taksówka w Polsce
– wszelkie rekordy biją jednak parki narodowe i atrakcje turystyczne. W Tajlandii płaciliśmy 10 razy więcej niż lokalesi i to było fair. Na Sri Lance turysta musi bulić nawet 150 razy tyle, co miejscowy. Za wstęp do Wilpattu płacimy $22, czyli tyle, co za 7-dniowy pobyt w parku Kakadu w Australii
– w dodatku, w atrakcjach typu Lwia Skała, czy starożytne święte miasto każdy próbuje jeszcze wydoić coś na własną rękę pod pozorem dotacji na świątynię, demonstrowania strojów i innych pretekstów. Grrr!

Na szczęście nie wszyscy są tak interesowni i spotykamy wielu miłych ludzi. Dzisiaj jedziemy pociągiem do Kolombo i wracamy do domu. Na tym się kończy nasza lankijska przygoda.

 

Dodaj komentarz