Śniadanie o 7 i ruszamy. Przed nami zaczęły się schody, dosłownie. Tysiące kamiennych schodów. Musimy wznieść się z wysokości 1500 na ok. 2800 m npm. Pierwsze 2,5 godziny ciągniemy się mozolnie, nic tylko schody, schody i schody. A na nich turyści, tragarze, dzieci idące do szkoly, konie, osiolki i ich odchody, jak nosem sięgnąć. Posilamy się momoskami i herbatą z mlekiem bawoła (do której gospodyni wsypala z kilogram cukru) w barze Annapurna View. Szkoda tylko, że widok na Annapurnę jest tylko w nazwie. Masyw zasłonięty jest przez gęsta mgłę lub chmury. Trudno powiedzieć. Wiosna przyszła chyba szybciej, bo widoczność jest gorsza niż powinna być w lutym. Za to kwitną rododendrony. Annapurna chyba nie istnieje, to pewnie tylko wabik na turystów i zmowa producentów map :).

Z pełnymi brzuchami dziarsko pędzimy dalej. Tak, zgadliście, dalej po kamiennych stopniach. Po ok. godzinie wkraczamy do dżungli, robi się zimniej i wilgotnej, ale i tak do samego końca idziemy w samych koszulkach, bo jesteśmy rozgrzani od środka. Drzewa dookoła nas wyglądają trochę złowrogo niczym w jakimś zakletym lesie jak z Hobbita wyciętym. Po ok. 5,5 godz. od początku szlaku docieramy do celu. W Ghorepani mgła i ok. 7°C. W nocy jest ok. 0°C, więc czeka nas drzemczka w czapeczkach. 🙂

 

Dodaj komentarz