Minął już miesiąc od powrotu z Australii do domu. Czas na garstkę podsumowań. Oto ranking NAJ…

  • Najmniesza miejscowość, w której się zatrzymaliśmy – Larrimah – 11 mieszańców. Jest pubik i stacja benzynowa i mikromuzeum II Wojny światowej. Ale zatrzymaliśmy się tu z powodu dużego napisu „FREE ZOO”. Ponieważ są to nasze 2 ulubione słowa, daliśmy ostro po hamulcach i skręciliśmy. Było warto, bo tu pierwszy raz głaskaliśmy kangurka.
  • Największe miasto – Sydney – 4,5 mln mieszkańców, ale jakoś tego nie widać. Nie ma takich korków, tłoku, ani zgiełku, jak choćby w o połowę mniejszej Warszawie.
  • Najbardziej wyludnione miejsce – Red Centre – tu nie liczy się, ile osób przypada na kilometr kwadratowy, ale ile kilometrów na osobę. Czasami na szlaku nie spotykaliśmy zupełnie nikogo.
  • Największy Aborygen – Anmatjere Man – 17 metrów wysokości i 8 ton wagi. Taką statuę widzieliśmy na wzgórzu w miejscowości Ailerone obok napisu w stylu Hollywood. Każdy zajazd chce jakoś zachęcić turystów, więc właściciele prześcigają się w pomysłach. W „centrum” Ailerone parę lat temu dobudowano mu żonę i dzieciaka – oczywiście też odpowiednich rozmiarów.
  • Najbardziej kosmiczny roadhouse – Wycliff Well – postawili parę ufoludków i nazwali się australijską stolicą UFO.
  • Najzimniejsza i najdłuższa noc – Kings Canyon. Przesilenie zimowe. Na kampingu wszystkie miejsca z prądem były zarezerwowane, więc dostaliśmy miejscówkę unplugged. Nie mieliśmy przez to ogrzewania w kamperze, a na dworze temperatura spadła poniżej 0. Pierwszy raz w życiu spaliśmy w czapkach. Śpiwory dobrze się spisały, ale wyjście z nich o poranku było niezłym wyzwaniem.
  • Największe zmęczenie – po przylocie do Sydney. Bylismy po 36 godzinach podróży. W hotelu prysznic i w miasto. Wracając pociągiem z Bondi Beach do hotelu około 18.00 mieliśmy halucynacje. Sabinie wydawało się, że wszędzie słyszy ludzi mówiących po polsku, a Piotrowi co kilkanaście sekund zamykały się oczy (nawet w połowie zdania).
  • Najfajniejsze kąpiele – Mataranka. Woda w basenie termalnym miała 36 stopni. Świeciło słonko, nad nami palmy i papugi. Żyć nie umierać, po prostu.
  • Najdłuższy przejechany odcinek – prawie 600 km z Tennant Creek do Mataranki z małym odbiciem na Daly Waters. Większość trasy jedzie się 130 km/h, więc zajechaliśmy na obiad.
  • Najbardziej przereklamowane miejsce – Daly Waters. Ludzie! Tam nic nie ma! Jest pub, w którym tysiące ludzi zostawiło swoje gacie i inne części garderoby, a oprócz tego zdjęcia, wizytówki i inne bajery i tyle! No i co, że serwują tam barraburgery? Można je kupić w wielu miejscach w NT. Nic ciekawego. Nie polecamy.
  • Najbardziej nieuchwytne miejsce – Jim Jim i Twin Falls. Nie udało nam się tam dotrzeć. Najpierw planowaliśmy na własną rękę pojechać samochodem 4×4, ale w kwietniu wypożyczalnia powiedziała, że auto uległo wypadkowi i zwrócili nam kasę. Potem zamówiliśmy wycieczkę jednodniową z Cooindy, ale dzień wcześniej ich wóz też się wykrzaczył na głębokich koleinach, więc zwrócili nam część kasy i zawieźli na Maguk, który okazał się zajebistym wodospadem.
  • Najbardziej nieuchwytne zwierzęta – dziobaki i wieloryby – Dziobaki żerują nocą, więc oczywiście nie spodziewaliśmy się ich spotkać w naturze, ale nie udało nam się ich zobaczyć ani w Tarronga Zoo, ani w oceanarium w Sydney. Co do wielorybów, to od lipca można je zazwyczaj spotkać w okolicach Cairns i na to liczyliśmy, ale aż do naszego wyjazdu 8 lipca się jeszcze nie pojawiły 🙁
  • Najdziwniejsze jedzenie – crockburger. Mięso białe, w strukturze trochę przypominało rybę (bo miało wyraźne płatki). Było jednak bardziej twarde, ale nie włókniste jak np. wołowina. W smaku podobne zupełnie do niczego, ale dobre. Do tego wrzucili do buły różne warzywka standardowo podawane do hamburgerów, ale też… plastry buraka. Naprawdę fajnie się komponowały z resztą.
  • Najdroższe paliwo – Kings Canyon $2,33 za litr ropy. Generalnie zasada jest taka, że im dalej od dużych miast tym drożej. Najtaniej tankowaliśmy w Katherine $1,55.
  • Największy stres – w busiku na lotnisko w Darwin. Laska w recepcji hotelu zamówiła nam busik rzekomo odpowiedni do pory naszego odlotu, ale kierowca spóźnił się 10 minut, a potem jeszcze krążył po całym Darwin i zbierał innych podróżnych. Do samego końca nie wiedzieliśmy, czy zdążymy. Udało nam się wpaść na lotnisko 10 minut przed zamknięciem odprawy. Uff…
  • Najfajniejsze zwierzaki – kangury, walabie i koale, które można było głaskać i karmić z ręki. Futerko kangurów jest miłe w dotyku jak u krótkowłosych psów. Nagrzane promieniami słońca jest cieplutkie i nie można się powstrzymać, żeby nie pogłaskać delikwenta jeszcze raz i jeszcze raz i jeszcze… Często się mówi, że walabie są mniejsze i ciemniejsze od kangurów, ale to nie prawda. Są i małe kangury i większe walabie. Tylko znawcy potrafią je rozróżnić po palcach i uzębieniu. Dla nas nie było różnicy – wszystkie były super. Koale jak śpią wyglądają przesłodko, a jak się obudzą, to mają miny pt. „ale o co chodzi?”. Futerko koali jest bardziej kędzieżawe i gęstsze. Mają też niezłe pazury. Szkoda, że nie można było ich zabrać do domu.
  • Najfajniejszy pokonany szlak – Kings Canyon Rim Walk. 6 km po obrzeżu kanionu to coś, czego nie da się zapomnieć. Najpierw było strome podejście (mówi się na nie „Heart Attack Hill”, czyli „Zawałowe Wzgórze”) i trochę się zmachaliśmy, ale widoki wynagrodziły pot cieknący po plecach i innych częściach ciała. Później szliśmy już po płaskim brzegu kanionu. Ogrome przestrzenie zapierały dech.  Kanion wygląda jakby był rozcięty nożem – 200-metrowe ściany są idealnie proste. W dole widać zieleń Garden of Eden i oczko wodne. 
  • Największy kamień – Uluru – trudno cokolwiek o tym napisać. Robi ogromne wrażenie i żadne foty ani słowa nie oddają jego piękna. Nie jest to największy monolit w Australii (tytuł ten należy do Mt Augustus w Zachodniej Australii), ale i tak jest potężny – 348 m wysokości, prawie 9 km w obwodzie i cholera wie ile kilometrów wgłąb ziemi. Najfajniejsze jest to, że z daleka wydaje się tylko wielkim kamulcem, a im bliżej, tym bardziej widać jego zróżnicowanie. Są wysokie, prawie pionowe ściany, są łagodniejsze podejścia, są dziury, dziurki, jaskinie i zagłębienia. No i ten czerwony kolor… Wcale nie trzeba być Aborygenem, żeby docenić jego piękno. Co tu dużo gadać – trzeba to zobaczyć na własne oczy i zachwycić się jak dziecko.
  • Najwięcej kamiennych głów – Kata Tjuta – 36 kamiennych kopuł (ok 50 km od Uluru), których aborygeńska nazwa znaczy „wiele głów”. Wędrowaliśmy w dolinkach między tymi kopułami i szczęki nam opadały, bo co chwilę były coraz piękniejsze widoki. Podejścia były momentami strome i nieźle wiało, ale te krajobrazy…
  • Najstarszy las deszczowy – Kuranda – 140 milionów lat. W dżungli jest ciemno i chłodno. Pachnie gnijącymi liśćmi i ziemią. Paprocie są wielkie jak palmy i człowiek się tu czuje jak w Parku Jurajskim. Tylko patrzeć jak jakiś dinozaur chapnie za nogę.
  • Najwyżej nad ziemią – Kuranda Skyrail – 7,5 km trasy kolejką linową nad tropikalnym lasem deszczowym. Takie widoki papugi mają nacodzień i można im pozazdrościć.
  • Najniżej pod ziemią – Cutta Cutta Caves (jakieś 30 km od Katherine) – 15m pod ziemią. W niektórych miejscach „sufit” jaskini ma tylko 3 metry grubości. System jaskiń ma ok 700m, ale dla zwiedzających otwarte jest 200, bo dalej jest już tak nisko, że trzeba się czołgać, albo chodzić na czworaka. Na szczęście nie spotkaliśmy żyjących tam w dużych ilościach wielkich, włochatych pająków (co nie oznacza, że nie czaiły się kilka centymetrów od nas).
  • Najwięcej nietoperzy – setki tysięcy (a może miliony?) rudawek lecących przed świtem nad lasem w Matarance. Obserwowaliśmy je z okna kampera leżąc w śpiworach. Było koło 5 rano. Surrealistyczne wrażenie. Sporą grupę (ale oczywiście nie aż tyle) widzieliśmy też na drzewach w Litchfield. Wisiały głowami w dół, tłukły się wzajemnie i piszczały.
  • Najwięcej krokodyli słonowodnych – 7 sztuk wypatrzonych w Yellow Water w Kakadu. Niektóre miały nawet 4,5 metra. Podobno w tym bilabongu jest ich około 350. Wystarczy jednak, że krokodyl zanurzy się pół metra pod wodę i już skubańca nie widać. Widzieliśmy to na własne oczy.
  • Najwyższe termitiery – Litchfield National Park. Niektóre mają nawet 6 metrów. To najwyższe „budowle” na świecie nie zbudowane przez człowieka. Taka termitiera jest całkowicie wodoodporna, ognioodporna i debiloodporna (nieraz zdarzają się „śmiałkowie”, którzy myślą, że jak mają dużego jeepa z bullbarem, to rozwalą termitierę, a kończy się na skasowanym przodzie samochodu i zębach wybitych o kierownicę. Termitiera oczywiście ani drgnie).
  • Najmniejsze lotnisko – Alice Springs – fajnie pomalowany w kolorowe Aborygeńskie wzory terminal wielkości przeciętnej stołówki szkolnej. Mimo wszystko, to największe lotnisko w promieniu 1500km. Tu każda mała wiocha ma swój pas startowy, ale chyba nie mają żadnych hal odlotów 🙂
  • Największe zdziwienie – siesta w Darwin. Nie wiedzieliśmy, że coś takiego tu praktykują. Ok. 14 wyszliśmy coś zjeść na miasto, a tam prawie w ogóle nie było ludzi i wszystkie bary pozamykane. Dobrze, że supermarket znaleźliśmy, to przynajmniej można było jakieś gotowe żarełko kupić i odgrzać w mikrofalówce w hotelu.
  • Najdziwniejsza propozycja – wysłanie wiadomości telegrafem. W Alice Springs w stacji telegraficznej odbywały się obchody 140-lecia jej założenia. Pani w recepcji proponowała nam wysłanie wiadomości do domu telegrafem za 9 dolarów. Byliśmy w szoku i nie wiedzieliśmy, co powiedzieć. Telegrafem??? Do Polski??? Co???
  • Najstarsze malowidła naskalne – Nourlangie i Ubirr w Kakadu – niektóre mają nawet 20 tysięcy lat. Są też nowsze, przedstawiające białych ludzi, podpartych pod boki (poza szefunia) i z fajką w zębach. Te stare malowidła najczęściej przedstawiają mityczne istoty i zwierzęta nadające się do zjedzenia. Są nawet rysunki wilka workowatego (tassmanian tiger), który musiał zamieszkiwać te tereny, a dziś nie ma go nawet na Tasmanii. A tak w ogóle, Australia jest krajem z największą liczbą malowideł naskalnych na świecie (no ale, co siê dziwić – jest 25 razy większa od Polski).
  • Najbardziej rozgwieżdżone niebo – Outback – widać tu ok. 5780 gwiazd, w tym najsłynniejszy gwiazdozbiór na tej półkuli, czyli Krzyż Południa, który występuje na fladze Australii i paru innych państw Pacyfiku. Dziwne uczucie patrzeć w niebo i nie widzieć Wielkiego Wozu (to jedyne, co umiemy rozpoznać).
  • Najwięcej galerii sztuki – Alice Springs – na jednego mieszkańca tego miasta przypada więcej galerii sztuki niż gdziekolwiek indziej na świecie. Normalnie 3 Aborygenów – 5 galerii 🙂
  • Najbardziej azjatyckie miasto – Darwin – widzieliśmy tu bardzo dużo ludzi z całego świata, a najwięcej z Azji i nic dziwnego, bo z Darwin jest bliżej do Jakarty i Singapuru niż Canberry czy Melbourne.
  • Najwięcej ludzi z ukulele w jednym miejscu – Cairns – 1395 osób próbowało pobić rekord Guinnessa, ale im sie nie udało. W Szwecji rok wcześniej było ponad 1500.
  • Najbardziej absurdalne nazwy – Alligator River, choć nie ma w niej ani 1 aligatora, tylko same krokodyle. Yellow Waters, choć woda w ogóle nie jest żółta. Miasteczko Jabiru, zawdzięczające swoją nazwę ptakowi jabiru, który tu nie występuje (to bocian czarnoszyi podobny do amerykańskiego jabiru i tak nazwany przez białych).
  • Najmniej ciekawe – miasta. W dużych miastach jest „małoaustralijsko”. Generalnie, Sydney, Darwin, Cairns, a nawet Alice Springs wyglądają jak zwykłe europejskie miasta. Nie ma jakiejś wyjątkowej architektury, jak np. Azji, ani w ogóle klimatu innego kontynentu. W mniejszych miejscowościach bardziej widać typowo australijską gęstość zaludnienia („rzadkość” właściwie). Czuliśmy się z dala od wszystkiego.
  • Najciekawsze – przyroda. Tego nie da sie opisać. Nigdy nie widzieliśmy tylu dziwnych drzew, palm, kwiatów, no i oczywiście zwierzaków z kangurami na czele.  No i ten Ocean – ze swoimi odpływami, falami, wichrami i mocno słoną wodą. O górach, pustyniach, kanionach nie wspomnę. Czuliśmy wręcz namacalnie setki milionów lat formowania się Australii w każdym czerwonym kamieniu.         
 

Dodaj komentarz