Na drugi dzień po płetwalu błękitnym ocean znów nas nie zawodzi. Jesteśmy na Gołębiej Wyspie, wokoło rafa, która jest o niebo lepsza od tej, którą widzieliśmy w Australii. Nie mamy ze sobą wodnego aparatu, więc zdjęć nie będzie, ale możecie odpalić dowolny kanał przyrodniczy i wyjdzie na to samo. Koralowce są głównie brązowe, ale mają dużo kolorowych dodatków, niektóre wyglądają jak wielgachne mózgi. Ryby pojedyncze i w dużych ławicach, od czarnych po tęczowe, jeżowce i… ok 2-metrowy REKIN! Na szczęście ten rafowy nie jest groźny dla ludzi, ale i tak człowiek na kilka sekund zamiera (filmy Spielberga zrobiły swoje). Małe rekinki pływają tuż przy brzegu. Super przeżycie i na pewno niezapomniane! Resztę dnia spędzamy na trincomalskiej plaży ze świątyniami na piasku, krowami i całym świństwem, które wyrzuca ocean.

We wtorek opuszczamy Trinco (po mieście łażą jelenie!) i żółwim tempem zmierzamy do Anuradhapury. Miasto nas miło zaskakuje, tuktuki i jedzenie dużo tańsze, a ostatnie dwa noclegi mamy w miłym europejskim standardzie. Poprzednie w standardzie lankijskim wyglądały tak:
– w pokoju przy rodzinie
– brak ciepłej wody i mydełko jako kosmetyk do wszystkiego
– na łóżku o dł. 1,7 m materac z ok. 10 cm gąbki, a pod spodem decha albo beton
– na dachu eternit, który ze względu na zawartość azbestu już dawno został zabroniony w Europie
– ogólnoe czysto, ale bardzo skromnie.
A najdziwniejsze jest to, że poprzednie homestay’e nie różniły się ceną od tego tutaj.

Po krótkim relaksie w sympatycznym, klimatyzowanym pokoju wynajmujemy tuktuka i zwiedzamy starożytne święte miasto, w którym rośnie szczep drzewa Bodhi. Pod nim w Indiach Budda doznał oświecenia (podobno).
Jest pełno ruin, przeogromne stupy. By do nich podejść trzeba zdjąć buty, a kamienne posadzki palą jak rozżarzone węgle. Kicamy po nich jak paralitycy i poszukujemy najmniejszego kawałka cienia.

[CIEKAWOSTKA DNIA]
– Widzimy starożytny basen. Pytamy naszego kierowcę, czy to basen dla ludzi, czy staw dla ryb. On na to, że nie dla ludzi, a dla mnichów…
– „HOTEL” oznacza bar, a nie hotel :-), ale nie wyobrażajcie sobie takiego baru jak w Polsce. To buda z plastikowymi krzesełkami, lepiącym się stołem, muchami, mrówkami i Budda wie czym jeszcze.
– W takim hotelu znajdziecie Miryndę, 7UP, Pepsi i Coca Colę w takich butelkach jakich u nas od 20 lat już nie ma. Dziwna to wyspa, bo z jednej strony wszyscy wywalają śmieci gdzie popadnie (nawet w parku narodowym), a z drugiej recyklują szklane butelki w nieskończoność.

 

Dodaj komentarz