Z San Pedro na Księżyc wcale nie jest tak daleko. Cztery kilometry i to tylko na początku pod górkę, a potem już z górki. Jeszcze tylko bilecik za ok.15 zł i już zaczynają się widoki nie z tej ziemi. Jesteśmy w Valle de la Luna, czyli Dolinie Księżycowej. Włazimy do groty, gdzie światło nie dochodzi i tylko dzięki latarce mamy jakieś pojęcie dokąd iść. Momentami jest bardzo klaustrofobicznie – musimy się przeciskać na kucaka. Później znów na rowery i w górę i w dół wspinamy się od jednego punktu widokowego do następnego przez szutrówki, piach i wyboje. Dookoła skały, wydmy i sól, która wygląda jak śnieg. Zmysły wariują, bo jest biało, ale słońce praży niemiłosiernie. Nie ma nigdzie ani źdźbła trawy, ani nawet najmniejszych żyjątek, ani cienia, ani jakiejkolwiek litości dla dwójki świrniętych gringos, którzy postanowili się tu wybrać na cały dzień. Jakie są widoki, to oceńcie sami, choć oczywiście zdjęcia nie oddają nawet połowy prawdy.
Nasza wyprawa na Księżyc trwa osiem godzin, podczas których pustynia daje nam totalnie w kość. Wracamy do domu kompletnie wyczerpani. Znacie to uczucie zmęczenia, gdy człowiek nie wie, czy najpierw się umyć, coś zjeść, czy walnąć się plackiem do łóżka?

[CIEKAWOSTKA DNIA]
Mimo przejechania grubo ponad 30 km i przejścia kilkunastu na pieszo w skwarze i pod górę nasze koszulki są suche. Nie, to nie dlatego, że nasze boskie ciała się nie pocą i pachną różami. Po prostu wilgotność jest równa zeru i każda kropelka potu natychmiast paruje.

[PRZYGODA DNIA]
W drodze powrotnej łapiemy gumę w jedym z rowerów. Cholera! Dobrze, że w wypożyczalni dali zapasową dętkę i pompkę. Wykończeni jazdą, siłujemy się z kołem. Nagle zatrzymuje się samochód (przez cały dzień spotkaliśmy cztery, czy pięć aut), wychodzi przesympatyczny Chilijczyk i od razu przejmuje inicjatywę, wyciąga narzędzia i w 5 min. zmienia nam koło. Ludzie są tu naprawdę mili.

 

Dodaj komentarz