Rano wybieramy się pieszo na Rano Kau – duży krater na zachodzie wyspy. Mamy zamiar złapać stopa, bo nie chce nam się leźć 2 godziny pod górę. Szybko zabiera nas miły Tahitańczyk, który ma dobry humor, bo właśnie dziś dostał obywatelstwo chilijskie. Potem zwiedzamy starą wioskę Orongo z widokiem na mini wysepki. Pamiętacie wyścig po jajko z filmu „Rapa Nui”? To właśnie te wysepki! Ale największe wrażenie robi Rano Kau. To pierwszy krater z prawdziwego zdarzenia, jaki w życiu widzieliśmy i jest naprawdę niesamowity! Ma swój własny mikroklimat, w dole jest jezioro z endemiczną roślinnością.
Najlepsze jednak dopiero przed nami – w drodze z krateru spotykamy parę Hiszpanów poznanych w Boliwii. Wynajęli samochód i zabierają nas na wycieczkę przez pół wyspy. Ale fart, co? W ten sposób, docieramy aż na wschodni kraniec wyspy, do kolejnego krateru – Rano Raraku, gdzie planowaliśmy dotrzeć rowerami następnego dnia. Dzięki Vicki i Roberto nie będziemy musieli pedałować w pocie czoła. A samo Raraku to najbardziej Moaiowe miejsce na całym Rapa Nui. Dookoła porozrzucanych jest pełno posągów, część nieukończonych i jeden bardzo wyjątkowy – kleczący. To jedyny Moai, który ma dupkę i nogi. Ale to nie koniec, wnętrze krateru jest oszałamiające. Wielkie jezioro i kolejne Moai.
Niedaleko jest najbardziej znana platforma – Ahu Tangariki. Ogromne 15 metrowe statuy robią piorunujące wrażenie. Trzeba to zobaczyć na własne oczy…
Dzisiejszą wyprawę kończymy mocząc nogi w Pacyfiku na plaży Anakena. W tle palmy i oczywiście kto? Kolejne Moai.
Jeszcze tylko zajeżdżamy na Te Pito Kura, czyli Pępek Świata!
Muchs gracias Vicki y Roberto. Esto es el mejor dia en Rapa Nui.

 

Dodaj komentarz