Z popołudniowej drzemki wyrywa nas huk petard i kakofoniczna muzyka. Zrywamy się na nogi i naszym oczom ukazuje się totalna egzotyka – takich rzeczy jeszcze nie widzieliśmy. Tamilowie obchodzą jakieś hinduistyczne święto. Zdjęcia mówią same za siebie.

Podążamy za procesją w sandałach po trawie. A że niedawno padało, Piotra atakuje pijawka! Niezrażeni idziemy coś wszamać. W końcu znajdujemy tani bar. Jedzenie podali szybciej, niż zakrzepła krew po pijawce i przeszła procesja. Stopień higieny w barze tylko dla ludzi o mocnych nerwach, a stopień pikantności zamówionego kotthu (siekany placek z warzywami i jajkiem) tylko dla ludzi o stalowych żołądkach. Trzy godziny później dalej nas pali w brzuchu.

 

Dodaj komentarz