Ostatni punkt naszego wyjazdu – Singapur. Trochę klapnięci po nocnej podróży pociągiem sypialnym i odprawie paszportowej tuż po 6 rano, ruszyliśmy na miasto. Przedmieścia Singapuru niczym nie różnią się od innych azjatyckich przedmieść – charakterystyczny smrodek, ale może trochę mniej brudno. Hotel mamy w dzielnicy Geylang, gdzie sami Chińczycy choć teoretycznie Chinatown jest parę kilometrów dalej. Dobre i tanie żarełko. Wieczorami dodatkową atrakcją dzielni są panie pracujące pod latarnią (dosłownie!). Mimo tego jest bezpiecznie i spokojnie.
Centrum jest bardzo nowoczesne – pełno różnych odjechanych budowli z Marina Bay Sands na czele. Czego tam już nie wymyślą – jest nawet ogromny wir wodny na 2 piętrze, a woda z niego wpada do kanału płynącego przez środek luksusowej galerii handlowej . To jest jeszcze nic! Tym kanałem pływają gondole! A na dachu (desce surfingowej) jest 150 metrowy basen z widokiem na miasto. Niestety, jest dostępny tylko dla gości hotelu (minimum 1400 zł za noc) Huh!

 

1 odpowiedź do Prawie równik

  1. Przemek napisał(a):

    Singapur wygląda jak bardzo futurystyczne miasto. Chyba mógłbym tam mieszkać. A ten basen byłby jeszcze lepszy gdyby można byłoby spaść na dół z niego. To byłoby dopiero przeżycie 🙂

Dodaj komentarz