Opuszczamy Deltę Okavango i kierujemy się w stronę granicy z Namibią. Nocujemy w Ghanzi, po zmroku słychać w oddali porykiwania lwów, które, niestety, właściciel trzyma w niedużym ogrodzeniu przy wjeździe do kampingu ☹ Chcieliśmy zobaczyć lwy w Afryce, ale na pewno nie tak.

Ruszamy skoro świt. Opuszczamy zielone tereny z wysokimi drzewami i przez beżową, mini-krzaczkową pustynię Kalahari docieramy do Gobabis w Namibii. Po drodze zabieramy ze sobą autostopowiczkę z Rosji. Jeśli lubicie wakacje bez rosyjskich turystów, to jest miejsce dla was, bo to pierwsza Rosjanka, którą spotkaliśmy przez 3 tygodnie. Lana rzuciła pracę w korpo i pojechała jako wolontariuszka do Zambii. Opowiada, jak pieniądze z organizacji pomocowych znikały bez śladu, więc postanowiła na własną rękę chodzić po sponsorach i kupować dzieciom buty i inne potrzebne rzeczy, które rozdawała im bezpośrednio. Gdy wróciła do tej wioski po kilku dniach, dzieciaki znowu butów ani książek nie miały i nikt nie potrafił jej wytłumaczyć, gdzie się te wszystkie rzeczy podziały.

Ostatnią afrykańską noc spędzamy 200km od Windhuk. Jesteśmy jedynymi ludźmi na naszym kampingu, a za płotem strusie, oryksy i antylopy. Rano oddajemy samochód w wypożyczalni bez żadnych problemów. W 3 tygodnie przejechaliśmy po Afryce prawie 6000 kilometrów – to więcej niż w Szczecinie przez cały rok 😊 Wrażeń z pewnością też!

I pomyśleć, że cała ta wyprawa mogła przepaść, gdyby 23 dni wcześniej korek pod Berlinem wydłużył się chociażby o 5 minut!!!

 

Komentarze zabronione