Po zimnej nocy w Tadapani wstajemy nieco skostniali, wychylamy nosy z pokoju, a tam znikąd pojawia się znowu Annapurna, „Rybi Ogon” i inne szczyty, których wczoraj w ogóle nie było widać. Mimo chłodu jemy śniadanie na dworze, choć nie jest to łatwe, bo od patrzenia na ośmiotysięczniki szczęki opadają. 

Potem w drogę. Wiosna w Himalajach na całego. Kwiaty kwitną i pachną słodko, śpiewają ptaszki, a w koronach drzew świrują małpy. I tak po trzech godzinach schodzenia coraz niżej docieramy do Ghandruk.

Następnego dnia znowu śniadanie z szczytami na dokładkę i na szlak. Po godzinnym marszu dochodzimy do „dolnego Ghandruk”, skąd mamy maszerować jeszcze 3 godziny. Nagle pojawiają się bileterzy od lokalnego autobusu. Długo nie muszą nas namawiać 😉  Jednak kiedy ruszamy zastanawiamy się, czy to była dobra decyzja. Jedziemy w dół po takich stromiznach, że serce momentami staje. Hamulce piszczą, pasażerowie trzymają się mocno siedzeń. Telepie nami na wszystkie strony. Uśmiechnięty bileter rzuca żarcik, że to gratisowy masaż mięśni po trekkingu. Po cudownych 3 godzinach w autobusie docieramy do Pokhary, gdzie zamierzamy relaksować się 4 dni.

 

Dodaj komentarz