Znasz to uczucie? Jesteś już prawie dobę w podróży, a do celu jeszcze daleko. Oczy szczypią, a zatoki łupią od suchego, samolotowo-lotniskowo-klimatyzowanego powietrza. Żołądek wariuje, bo śniadanie jadłeś o 2 w nocy, obiadu nie było wcale, a kolacją stewardesa przerwała ci głęboki sen. Nie jesteś w stanie się wysłowić w żadnym języku, a twoje zdolności kognitywne są na poziomie dżdżownicy. Nie masz pojęcia, która godzina, bo zegarek przestawiałeś już kilka razy. Masz spuchnięte stopy. Śmierdzisz. Nie jesteś fizycznie zmęczony, ale jednak nie masz siły. Ani śpiący, ani wyspany. Ani żywy, ani martwy. Ani tu, ani tam. JESTEŚ ZOMBIE!

Staramy się z tym stanem jakoś radzić, pakując co trzeba do bagażu podręcznego. Czy pomaga? Przedstawia to 5-stopniowa skala NZ (niwelowania zombiakowatości).

  • Szczypiące oczy – kropelki nawilżające – 4/5 NZ (ale na krótko), opaski do spania 2/5 NZ
  • Zatoki – ibuprom zatoki – 5/5 NZ
  • Rozregulowany żołądek – gorąca herbata, choć na lotniskach jest droższa niż wódka w bezcłowym – 3/5 NZ
  • Spuchnięte stopy – Diohespan max – 4/5 NZ
  • Smród – koszulka i bielizna na przebranie (fajny patent to gatki zawiązywane po bokach, bo można zmienić je w syfiastej toalecie nie ściągając butów i spodni, panowie mogą sobie zrobić wersję na rzepy), szczotka i mała pasta, dezodorant w kremie w małym opakowanku, chusteczki nawilżające do mycia każdej części ciała. – 4/5 NZ

Niestety, na otumanienie umysłowe nie pomaga nic, co można legalnie posiadać na granicy i w takich sytuacjach wiesz, że tekst Kazika „Gapię się tępo, zjadając but w sosie” jest o tobie. Jakich patentów byś nie użył, to i tak po 24 godzinach po prostu JESTEŚ ZOMBIE!

 

  1. Na granicy

Do Botswany nie jest potrzebna wiza (taki miły wyjątek na tle sąsiadów). Przekraczanie granic jest łatwe. Nie ma łapówkarstwa i zbędnych komplikacji. Na przejściu namibijsko-botswańskim w Ngoma zapłaciliśmy 160 puli podatku drogowego, potem musieliśmy zdezynfekować buty i opony w specjalnym płynie i już!

  1. Waluta

1 USD = ok.10 puli. Można płacić randami z RPA, ale przelicznik jest dość niekorzystny, więc lepiej płacić kartą, albo wymienić gotówkę w kantorze.

  1. Noclegi na kampingach
  • przyzwoite warunki – toalety, prysznice z ciepłą wodą, bar/restauracja, basen, często prąd, wi-fi, czasem nawet kącik kuchenny.
  • ceny za noc (2os. w samochodzie z namiotem na dachu) = od 160 do 240 puli
  • rezerwacja potrzebna tylko w Delcie Okavango, wszędzie indziej można przyjechać z marszu.
  • Serdecznie polecamy nocleg 50km na północ od Nata na kampingu Elephant Sands – nie ma prądu ani wi-fi, ale są swobodnie chodzące, dzikie SŁONIE!
  • Nie ma żadnych pól kampingowych pomiędzy Ghanzi, a granicą z Namibią (Buitepos).
  1. Samochód
  • Przyjechaliśmy samochodem wynajętym w Namibii. Wypożyczalnia kazała nam zapłacić za list upoważniający na wjazd do Botswany ok. 100zł. Okazał się on jedynie drogim papierkiem – nikt nigdzie o niego nie pytał.
  • Bez samochodu przemieszczanie jest trudne – tak przynajmniej mówili nam napotkani podróżnicy, którzy spędzali mnóstwo czasu w drodze, bo transport publiczny i autostop bardzo słaby.
  • Nie będziemy się wypowiadać o drogach w całej Botswanie, bo przejechaliśmy zaledwie 1200 km, ale to co widzieliśmy nie było w dobrym stanie. Bywają odcinki z dziurami o głębokości ok.30 cm, wielkimi jak spora miska na pranie, które pojawiają się w asfalcie nagle na drodze z dopuszczalną prędkością 120 km/h. Uważajcie zwłaszcza na odcinku między Nata a Maun. To, że nie urwaliśmy tam koła było jakimś cudem, z którego bardzo się cieszymy, bo na terenie Botswany nie działało w ogóle ubezpieczenie naszego samochodu.
  • Kontrole drogowe są dość częste – czasem sprawdzają tylko prawo jazdy, czasem przeprowadzają kontrolę świateł w pojeździe, czasem sprawdzają w lodówce, jakie przewozisz jedzenie. Raz pozwolili nam przewieźć surowego kurczaka, ale kiści bananów już nie. Musieliśmy zjeść po 6 sztuk na miejscu, a skórki wyrzucić do specjalnego kosza (chcieliśmy się podzielić owocami z posterunkowym, ale odmówił). Czasem trzeba zdezynfekować buty i opony samochodu.
  • Cena litra diesla – 7,50 puli
  1. Bezpieczeństwo

Nigdy nie czuliśmy się zagrożeni, nie kręciły się żadne podejrzane typki. Nikt nie próbował nas oszukać. Kiedy zwiedzaliśmy, samochód, stół i krzesła były cały dzień na kampingu – nic nie zginęło. Oczywiście, zawsze trzeba zachować zdrowy rozsądek.

  1. Zdrowie
  • Nie ma obowiązkowych szczepień, więc to od was zależy, przeciwko którym chorobom się zaszczepicie. Jeśli wjeżdżacie z krajów, gdzie panuje żółta febra, musicie obowiązkowo mieć żółtą książeczkę.
  • Warto pomyśleć o malarii i odwiedzić odpowiedniego lekarza przed wyjazdem. Zimą (czerwiec – sierpień) komarów nie widać, bo jest sucho i noce są zimne. Prewencyjnie po zmroku smarowaliśmy się repelentem z 20% DEET, ale raczej dla spokoju ducha niż z realnej potrzeby. Nie łykaliśmy żadnych tabletek.
  • Wodę można bezpiecznie pić z kranu, ale ma czasami dziwny posmak. Nad Okavango ma dodatkowo żółtawy kolor.
  1. Pogoda

Przełom lipca i sierpnia to ciepłe, suche dni (coś koło 25°C) oraz chłodne noce i poranki (nie więcej niż +5°C). Zero deszczu.

  1. Ceny w supermarkecie:
  • Chleb – 10P
  • 5l wody – 26P
  • Jogurt 1kg – 19P
  • Dżem – 12P
  • Ser gouda 150g – 13P
  • Ogórek długi – 11P
  • Jajka 18 sztuk – 26P
  • Margaryna 500g – 18P
  • Masło orzechowe 400g – 17P
  • Sok 2l – 30P

 

  1. Ceny atrakcji turystycznych
  • Transfer busikiem z Kasane do Victoria Falls i z powrotem – 500P/os
  • Całodzienna wycieczka mokoro po Delcie Okavango (z prowiantem i dowozem z Maun) – 770P/os. Podobno można załatwić to taniej bezpośrednio w Boro Boat Station NG32, ale jak nie macie czasu to kampingi świadczą usługi pośredników.
  • Godzinny lot samolocikiem nad Deltą – 900P/os przy komplecie pięciu pasażerów – naprawdę WARTO! Szczerze polecamy! Rada: im bardziej pochmurny dzień, tym większe szanse na zobaczenie zwierząt, bo gdy słońce pali, chowają się pod drzewami.
  1. Gdybyśmy mieli więcej czasu i pieniędzy zwiedzilibyśmy:
  • Chobe
  • Moremi
  • Kgalagadi
 

Namibia nie jest krajem, do którego można wybrać się spontanicznie, kupując tanio bilet 2-3 tygodnie przed wyjazdem. Pieniądze zaoszczędzone na bilecie lotniczym to pikuś w porównaniu do tego, ile wydacie na samochód, a czasem zostaniecie bez szans na nocleg. Warto się więc przygotować i mamy nadzieję, że tu znajdziecie kilka przydatnych informacji.

  1. Wiza: nie można jej kupić na granicy, ani na lotnisku, tylko w ambasadzie. Sęk w tym, że w Polsce takowej nie ma. Wszystko załatwicie w ambasadzie w Berlinie. Można się wybrać osobiście, jeśli macie blisko, albo wysłać wszystko kurierem (ok. 50 zł). Niestety, od maja 2017 cena wizy wzrosła (jednokrotnego wjazdu – 80 euro, a wielokrotnego – 130 euro). Trzeba wysłać paszporty, zdjęcia, wnioski i inne papiery oraz dodatkowe 5 euro, jeśli chcecie, żeby wam odesłali paszporty do Polski. Uwaga! Wiza jest ważna 90 dni, ale nie od momentu przekroczenia granicy, tylko od momentu wystawienia przez ambasadę, więc nie spieszcie się za bardzo z wysyłaniem dokumentów. Wszystkie szczegóły (po angielsku) znajdziecie tu: http://www.namibia-botschaft.de/index.php/application-form . W razie problemu kontaktujcie się z Dieterem Hebestreit – bardzo miłym, pomocnym pracownikiem berlińskiej ambasady, który szybko odpowiada na maile visaassist@namibia-botschaft.de 

 

  1. Waluta: 1 USD = ok. 13 dolarów namibijskich. Można płacić randami z RPA (wymienne 1:1). Oprócz stacji benzynowych praktycznie wszędzie można płacić kartą. W miastach są bankomaty, można również wymienić gotówkę w kantorze (paradoksalnie, najlepszy kurs jest na lotnisku Hosea Kutako w Windhuk).

 

  1. Noclegi na kampingach
  • Bardzo dobre warunki – czyste toalety, prysznice z ciepłą wodą, bar/restauracja, basen, często prąd i powolne wi-fi.
  • Niektóre kampingi oferują pranie. Dziwna sprawa – cena nie jest za kilogramy, ale od sztuki np. koszulki i bielizna po N$10, a spodnie, bluzy, ręczniki po N$15.
  • ceny za noc (2 os. w samochodzie z namiotem na dachu) = od 150 do 220 dolarów namibijskich.
  • Rezerwacja w sezonie potrzebna tylko w okolicach Sesriem i Etoshy, wszędzie indziej można przyjechać z marszu. Uwaga! W powyższych dwóch lokalizacjach najlepsze (czyt. najbliższe) są zarezerwowane nawet na rok naprzód! PIĘĆ MIESIĘCY przed wyjazdem udało nam się zarezerwować miejsce kampingowe w Gondwana Namib Desert Lodge (60km przed Sesreim), w Etosha Village Taleni Camp (1,5 km przed bramą Andersona) i Etosha Onguma Tamboti Campsite (tuż przy bramie Von Lindequista), po tym jak kilka innych nam odpisało, że nie mają już żadnych miejsc!
  • Serdecznie polecamy nocleg na kampingu w Spitzkoppe – nie ma prądu ani wi-fi, ale jest cicho, dziko i odludnie! Przepięknie!
  • W Namibii kampingowanie na dziko jest nielegalne – każdy skrawek ziemi teoretycznie do kogoś należy.
  1. Samochód

Bez samochodu w Namibii właściwie nie da się podróżować (chyba, że macie wolnych kilka miesięcy i nie zależy wam na czasie). Są niby jakieś autobusy, ale tylko między głównymi miastami. Ewentualnie autostop, ale samochody też jeżdżą rzadko.

  • Im szybciej zaczniecie szukać wynajmu samochodu, tym lepiej. W sezonie najlepiej co najmniej PÓŁ ROKU przed wyjazdem – SERIO! Pisaliśmy już, że Namibia to nie kraj na spontaniczny wypad i najboleśniej przekonacie się o tym wynajmując auto.
  • Wynajęliśmy samochód tutaj: http://www.camping-carhire.com Polecamy – auto 4×4, nowe, sprawne, z namiotem na dachu i pełnym wyposażeniem kampingowym. Nic się nie zepsuło na trasie 6000 km. Z pełnym ubezpieczeniem wychodzi ok. 115 USD za dzień. Uwaga! Podwozie nie jest ubezpieczone nawet w najwyższym pakiecie, więc każcie wypożyczalni wziąć auto na podnośnik, popatrzcie dokładnie i wpiszcie w rejestr wszystkie zadrapania. Nas najpierw zapewniali, że jest ok, ale na podnośniku okazało się, że jest nieźle przeszorowany (nic dziwnego na bezdrożach), więc wszystko skrupulatnie zapisaliśmy, żeby nie mogli nas obciążyć po oddaniu, bo widzieliśmy na nich takie skargi w internecie.
  • Drogi kategorii B są asfaltowe, gładkie, dobrze utrzymane i można sobie spokojnie jechać 120km/h. Czasami droga kategorii C nie różni się niczym od drogi kategorii D – szutrowa, najczęściej szeroka na ok.3-4 pasy, czasem w całkiem niezłym stanie, równa i można jechać 100km/h. Czasami bywa dziurawa, kręta, a jej powierzchnia przypomina ogromną tarę do prania i nie jesteś w stanie jechać szybciej niż 50-60km/h. Bywają też drogi kategorii C, które jakością dorównują tym kategorii B np. z Khorixas do Outjo i dalej na północ do Okaukuejo i z Namuoni do Grootfontein – przyjemny dla kół asfalcik.
  • Paliwo: cena litra diesla waha się od N$ 10,55 do 11,20. W niektórych miasteczkach jest kilka stacji benzynowych, a czasami tylko jedna w promieniu kilkuset kilometrów, więc warto tankować do pełna, gdy tylko trafi się okazja. Paliwo nalewa pracownik stacji i liczy (ale nienachalnie) na kilka N$ napiwku.
  1. Bezpieczeństwo

Nigdy nie czuliśmy się zagrożeni. Nikt nie próbował nas oszukać. Kiedy zwiedzaliśmy, samochód, stół i krzesła były cały dzień na kampingu – nic nie zginęło. Oczywiście, zawsze trzeba zachować zdrowy rozsądek. Jedynie w Khorixas pod supermarketem kręciły się jakieś podejrzane żule. Dwóch chłopców zaoferowało się popilnować nam auto w zamian za colę, więc mieliśmy „ochroniarzy” 😊

  1. Zdrowie
  • Nie ma obowiązkowych szczepień, więc to od was zależy, przeciwko którym chorobom się zaszczepicie. Jeśli wjeżdżacie z krajów, gdzie panuje żółta febra, musicie obowiązkowo mieć żółtą książeczkę.
  • Warto pomyśleć o malarii i odwiedzić odpowiedniego lekarza przed wyjazdem. Zimą (czerwiec – sierpień) komarów nie widać, bo jest sucho i noce są zimne. Tylko w Caprivi Strip prewencyjnie po zmroku smarowaliśmy się repelentem z 20% DEET, ale raczej dla spokoju ducha niż z realnej potrzeby. Nie łykaliśmy żadnych tabletek.
  • Woda w Namibii nadaje się do picia wprost z kranu bez przegotowania, ale ma trochę dziwny posmak, który jest mniej lub bardziej intensywny w zależności od miejscowości. Najważniejsze jednak, że jest bezpieczna do picia i nie trzeba się niczego obawiać.
  1. Pogoda

Przełom lipca i sierpnia to ciepłe, suche dni (coś koło 25°C) oraz chłodne noce i poranki (nie więcej niż +5°C). Zero chmur, zero deszczu.

  1. Ceny w supermarkecie (podajemy w dolarach namibijskich)
  • chleb – 9,50
  • bułka – 1,60
  • 5l wody – 19,90 – 32,50
  • margaryna 500g – 28
  • jogurt 1litr – 27,90
  • plasterki z kurczaka 125g – 23,90
  • Kilo surowych filetów z kurczaka – 89,90
  • dżem 450g – 19-29,50
  • kilo bananów – 24
  • 4 jabłka – 17,20
  • sałata lodowa – 16,80
  • kilo papryki – 69,90
  • ogórek długi – 18,40
  • żółty ser 400g – 50,90
  • warzywa w puszce (kukurydza, groszek, fasolka szpar.) – 18-22
  • duża puszka z daniem typu makaron z warzywami w sosie 800g – 28-33
  • 18 jajek – 43,15
  • masło orzechowe 800g – 51

 

  1. Telefon: polecamy kupić za grosze na lotnisku kartę SIM sieci MTC. Mają największy zasięg. W większych miastach jest sieć 3G, w małych (jeśli jest) da się dzwonić, ale internet jest strasznie powolny. Pakiet na tydzień za N$33 daje:
  • 100 minut lokalnych rozmów
  • 700 lokalnych smsów
  • 1GB internetu
  • 500 mega na WatsApp
  1. Nazwy miejscowości. Wymowa nazw konfundowała nas do samego końca. Mają one swoje źródła w językach lokalnych, niemieckim i afrikaans, dlatego kilka razy byliśmy naprawdę zaskoczeni. Prezentujemy poniżej czytanie, żebyście nie musieli się wstydzić przed miejscowymi, jak my 😊
  • Windhoek [winduk]
  • Deadvlei i Sossusvlei – na końcu słychać [flej]
  • Swakopmund [słakopmund], a byliśmy przekonani, ze jak w niemieckim [szwakop…]
  • Walvis Bay [łolwysz bej]
  • Spitzkoppe [spytskope] – ręka do góry, komu wydawało się, że [szpic…]
  • Khorixas [korehas]
  • Twyfelfontein [tojfelfontyn] – na to byśmy nie wpadli
  • Outjo [ocio]

 

  1. Gdybyśmy mieli więcej czasu i pieniędzy:
  • zostalibyśmy o jeden dzień dłużej w okolicy Sesriem, żeby przejść 4 godzinny szlak Olive Trail
  • zostalibyśmy jeszcze jeden dzień w Swakopmund, żeby pływać kajakiem wśród uchatek w Walvis Bay
  • posiedzielibyśmy jeszcze jeden dzień w Divundu pooglądać dłużej hipopotamy z bliska
  • pojechalibyśmy dalej na południe zobaczyć Fish River Canyon
  1. Wujek Dobra Rada:
  • Nie ma co pędzić na Deadvlei o świcie – my przyjechaliśmy ok. 11.00 i ogromne tłumy już wracały, więc byliśmy tam praktycznie sami!
  • Z Rohoboth do Solitaire można jechać przez dwie przełęcze – Spreetshoogte (podobno piękne widoki, ale zajmie to ok. 6-7 godzin) lub przez Remhoogte (droga też kręta i niezła sceneria, ale ok 3-4 godziny).
  • Jeśli chcecie popływać kajakami wśród uchatek w Walvis Bay, koniecznie zróbcie rezerwację 4-5 dni wcześniej. To samo dotyczy przejażdżki jeepem po Sandwich Harbour.
  • Jeśli macie drona, to sprawdzajcie, gdzie są lotniska (czasem są takie malusie), no i oczywiście nie latajcie też w parkach narodowych!
  • Jeśli jesteście mięsożerni, to pamiętajcie, że z Etoshy nie można wywozić surowego mięsa (kurczak się nie liczy). Czasem na bramach wyjazdowych trzeba pokazać zawartość lodówki. Chodzi m.in. o zapobieganie kłusownictwu na terenie parku narodowego.
  • Nigdy nie prowadźcie samochodu po zmroku (w lipcu ciemno jest od 17:30 do 6:30).
 

Opuszczamy Deltę Okavango i kierujemy się w stronę granicy z Namibią. Nocujemy w Ghanzi, po zmroku słychać w oddali porykiwania lwów, które, niestety, właściciel trzyma w niedużym ogrodzeniu przy wjeździe do kampingu ☹ Chcieliśmy zobaczyć lwy w Afryce, ale na pewno nie tak.

Ruszamy skoro świt. Opuszczamy zielone tereny z wysokimi drzewami i przez beżową, mini-krzaczkową pustynię Kalahari docieramy do Gobabis w Namibii. Po drodze zabieramy ze sobą autostopowiczkę z Rosji. Jeśli lubicie wakacje bez rosyjskich turystów, to jest miejsce dla was, bo to pierwsza Rosjanka, którą spotkaliśmy przez 3 tygodnie. Lana rzuciła pracę w korpo i pojechała jako wolontariuszka do Zambii. Opowiada, jak pieniądze z organizacji pomocowych znikały bez śladu, więc postanowiła na własną rękę chodzić po sponsorach i kupować dzieciom buty i inne potrzebne rzeczy, które rozdawała im bezpośrednio. Gdy wróciła do tej wioski po kilku dniach, dzieciaki znowu butów ani książek nie miały i nikt nie potrafił jej wytłumaczyć, gdzie się te wszystkie rzeczy podziały.

Ostatnią afrykańską noc spędzamy 200km od Windhuk. Jesteśmy jedynymi ludźmi na naszym kampingu, a za płotem strusie, oryksy i antylopy. Rano oddajemy samochód w wypożyczalni bez żadnych problemów. W 3 tygodnie przejechaliśmy po Afryce prawie 6000 kilometrów – to więcej niż w Szczecinie przez cały rok 😊 Wrażeń z pewnością też!

I pomyśleć, że cała ta wyprawa mogła przepaść, gdyby 23 dni wcześniej korek pod Berlinem wydłużył się chociażby o 5 minut!!!

 

Przyjechać nad Okavango i nie zobaczyć hipopotamów? Na to nie możemy sobie pozwolić! Lecimy małym samolotem nad deltę. Łącznie z nami jest tylko 5 pasażerów i pilot. Widoki z góry są powalające. Moczary, jak okiem sięgnąć, liczne stada słoni, bawołów i bardzo dużo hipopotamów. Delta z lotu ptaka to nasze najlepsze doświadczenie w Botswanie!

[BOTSWAŃSKI SPOSÓB ORGANIZACJI]

2 dni staraliśmy się zorganizować lot nad Okavango. Chcieliśmy lecieć w grupie, bo wychodzi taniej. Kobiety z recepcji próbują nam kogoś dobrać, nawet z innych kampingów, ale jakoś bezskutecznie. Dzwonią do lini lotniczych, czy kogoś mają i też nic. Gdy płyniemy mokoro samoloty latają non stop nad naszymi głowami. Nie możemy zrozumieć, jak z jednej strony nie ma żadnych chętnych, a z drugiej loty ciągle się odbywają. W końcu decydujemy się zapłacić więcej i lecieć tylko we dwoje. Zapewnieniano nas wcześniej, że nie ma problemu z rezerwacją, a później się okazuje, że ledwo znajdują dla nas termin. Jak to możliwe? 5 minut po rezerwacji przybiega recepcjonistka i mówi, że skołowala jeszcze 2 osoby, a my namówiliśmy Francuza z naszego kampingu. Mamy więc komplet. Ostatecznie okazało się, że tę dodatkową parę tak naprawdę zwerbował nam turysta poznany dzień wczesniej na mokoro. Gdyby przyjezdni sami się nie zorganizowali, to ani recepcja, ani linia lotnicza by nikogo nie skompletowała. Botswańska masakra piłą mokorową! 

 

Wstajemy rano, ładują nas na motorówkę z grupką innych turystów. 45 minut mkniemy po Okavango, a zimno jest jak cholera. Z motorówki przesiadamy się do mokoro, czyli botswańskiej dłubanki. Oryginalne były robione z jednego pnia drzewa, a teraz większość jest odlana z plastiku, jak kajaki. Do każdego mokoro wchodzą dwie osoby i „kierowca”, czyli człowiek z długim drągiem do odpychania się od dna.

Ruszamy w poszukiwaniu hipopotamów, a znajdujemy ślimaka, żabki i pająki. Hmmm, trochę zawód, zwłaszcza, że płyniemy większość czasu trzcinowiskiem i na wysokości naszych oczu nic nie widać. No, dobra, trafiamy na jednego śpiącego hipopotama. Łu-hu! Widzimy go z daleka, więc równie dobrze może to być wielki kamień 🙁

Potem wychodzimy z mokoro z naszym przewodnikiem i idziemy pieszo na jedną z setek wysp w delcie. Cichaczem podchodzimy do sporego stada zebr i gnu. Napotykamy też trzyosobową rodzinkę słoni. Super przeżycie. Udaje nam się także upolować ogromnego baoababa. A wszystko to bez rozlewu krwi 🙂 

Wracamy odnogami Okavango, już nie przez trzciny, więc jest lepiej, bo nie lecą na nas pająki. Oglądamy mnóstwo ptaszorów i krokodylka, po czym żegnamy się z naszym panem drągalowym.

 

Z Kasane do Maun jest ponad 600 km, więc postanawiamy rozbić to sobie na dwa dni, bo nam się nie spieszy. 50 km przed Nata zajeżdżamy do kampingu Elephant Sands. Wybór przypadkowy, ale zajebisty. Kamping położony jest nad naturalnym wodopojem, do którego przychodzą w ciągu dnia i nocy całe stada słoni. Nie ma żadnych płotów, więc słonie przechodzą swobodnie z buszu między domkami kampingowymi a namiotami. Obserwujemy je z zapartym tchem aż robi się zupełnie ciemno i zimno. Nocą słyszymy jak bulgoczą trąbami w wodzie i trąbią radośnie.

[BOTSWAŃSKIE DROGI]

Dobrze, że zatrzymaliśmy na nocleg w pół drogi, bo ta z Nata do Maun jest TRA-GICZ-NA!!! W asfalcie dziury bywają tak duże i głębokie jak wanienka dla dziecka. A są tak gęsto, że z jednej wpada się wprost do drugiej. 300 km jedziemy ponad 5 godzin.

 

Tylu pieczątek w paszporcie w ciągu 8 godzin, to jeszcze nigdy nie dostaliśmy. Z Botswany jedziemy na Wodospady Wiktorii, przekraczając kolejno granice Botswana-Zimbabwe, Zimbabwe-Zambia i z powrotem. Wodospady są niesamowite i robią ogromne wrażenie. Grzmot słychać już z daleka i widać unoszące się obłoki deszczowej mgły. Nic dziwnego, że miejscowi nazwali to „grzmiącym dymem”. Widoki są cudne po stronie Zambii, jeszcze lepsze po stronie Zimbabwe, ale najlepsze z… helikoptera!!! Postanawiamy zaszaleć i wykupujemy 15-minutowy lot nad Zambezi i wodospadami. Czad!!! Doświadczenie warte każdego wydanego dolara. Po prostu, spadają nam lacze z wrażenia!

[DZIECI NEOSTRADY]

Afryka uwielbia wpisy we wszelkie możliwe rejestry. Nie inaczej jest na Vic Falls. W zambijskiej części kupujemy bilety i obowiązkowo odnotowujemy swoje dane w kajecie. Kilka linijek nad nami widzimy polskie nazwisko i miasto Wrocław. 15 minut później spotykamy tego Polaka nad wodospadem.

On: Skąd jesteście?
My: Ze Szczecina. A ty z Wrocławia, tak?
On: Skąd wiecie?
My: Widzieliśmy twój wpis.
On: Na fejsbuku???

[PARADOKS NA GRANICY CZTERECH PAŃSTW]

W okolicy botswańskiego Kasane  spotykają się granice czterech państw: Botswany, Zimbabwe, Zambii i Namibii. Stoją tam setki tirów. Kierowcy mogliby pojechać z Botswany do Zambii, przez most w Zimbabwe, ale wybierają przejście promowe bezpośrednio między Botswaną a Zambią. Wydaje się logiczne, prawda? Sęk w tym, że prom zabiera po JEDNEJ ciężarówce na raz, więc tirowcy czekają w kolejce MIESIĄC!!! Dlaczego zatem nie jadą przez most w Zimbabwe? Bo tam pogranicznicy wymuszają ogromne łapówki.