PIĄTEK

Opuszczamy Larnakę i kierujemy się na północny zachód, na półwysep Akamas, zahaczając o Pafos. Po drodze zajedżamy do miejsca, w którym Afrodyta wyłoniła się z morskiej piany – Petra tou Romiou. Wieje 8 w skali Bouforta, wiatr urywa nam głowy. Afrodytę też już zwiało, została tylko piana. Jesteśmy twardzi, leziemy po kamienistej plaży i wdrapujemy się na tytułową petrę (skałę). Wicher nas smaga. 

A skoro jest zima to „lepimy” bałwana 😝


Posileni budyniowymi mega slodkimi zawijasami kierujemy się na wrak statku Edro III. Sztormowe fale widowiskowo uderzają w niego raz po raz. Dostaje się także klifom z wydrążonymi jaskiniami.


Przed zmrokiem docieramy do wioseczki w górach niedaleko Polis. Nocujemy w „mitato” czyli tradycyjnej pasterskiej jednoizbowej chatce.

SOBOTA

Mieliśmy się nie wysilać, więc idziemy na nietrudny szlak Afrodyty. Na samym początku wędrówki postanawiamy przejść się dalej wybrzeżem i poeksplorować pobliskie lagunki.

Po 2 godzinach znów wracamy na szlak, tyle że od dupy strony. Czyli zamiast wchodzić łagodnym wejściem, a schodzić bardziej stromym, fundujemy sobie zapierdziel ostro pod górkę. Widoki na szczęście rekompensują wszystko.


 

Prognoza pogody zapowiada w Larnace deszcze, ale w Nikozji do południa tylko zachmurzenie. Jedziemy zatem do stolicy. Po drodze próżno szukać tu znaków na Nikozję, bo tutaj nazywa się Lefkozją.

To ostatnia stolica w Uni Europejskiej z granicą dzielącą ją na pół.

Oto część grecka – Republika Cypru.

A to część turecka – Turecka Republika Cypru Północnego. Pierwszy raz w życiu jesteśmy w kraju nieuznawanym przez międzynarodową społeczność.

A to tytułowe falafele w towarzystwie zapiekanki z serem haloumi i souvlaki. Porcje tanie i duże 😁.

 

Szczecin żegna nas śniegiem (pierwszym tej zimy), więc tym bardziej cieszymy mordki, że jedziemy do ciepłego kraju. 

Przylatujemy do Larnaki po zmroku, odbieramy podstawione przez wypożyczalnię auto i jedziemy na nocleg na przedmieściach. Rano budzi nas pianie kogutów i słońce. Wyglądamy przez okno, a tam zielono! Ale nam tego brakowało!

Ruszamy nad pobliskie słone jezioro, w którym żerują famingi. Może nie ma ich aż tyle, co w Boliwii, ale i tak jest fajnie. Przechodzimy obok pobliskiego meczetu, a tam tabuny kotów! Głaszczesz jednego, a obłazi cię całe stado. Nie musimy Wam chyba mówić, że zabawiamy tam dłuższą chwilę?


Myśleliśmy, że trasa będzie wiodła wzdłuż brzegu jeziora, a tu nagle idziemy przez jakieś pola. W końcu docieramy do skarpy z dziurami. W niektórych z nich mieszkają lalki!!! 

Trochę się chmurzy, więc uciekamy coś zjeść. Na plaży McKenzie totalne pustki (zresztą nad jeziorem też nikogo nie spotkaliśmy) i dwie trzecie barów zamknięte. A nad glowami nisko przelatują samoloty, niczym na St. Maarten. Po obiedzie i zakupach wracamy do naszego wynajętego mieszkania inną drogą i natrafiamy na akwedukt, który widzieliśmy rano znad jeziora.


[ZASKOCZENIE DNIA]

Ludzie tu są bardzo mili. Podczas zakupów w mini markecie dostajemy ogórka i pomidora gratis. Efharisto!

[GADKA W BARZE]

Ona: Smakowało?

My: Tak, dziękujemy. Porcje były bardzo duże!

Ona: Tak to jest na Cyprze. Wrócicie 15 kilo grubsi, ha, ha! 😀

 

Jutro ruszamy na Cypr. Nastawiamy się na przechadzki, wchłanianie słońca i śródziemnomorskiej kuchni. I tyle. Żadnych „koniecznie musimy zobaczyć”, ani „zdecydowanie trzeba się udać do…”. Bez planu, bez pośpiechu, bez wstawania o 4 rano, bo cośtam.

Co się z nami porobiło?

 

 

 

 

Tak było 🙂