Po pierwszej nocy pod chmurką, z pierwszym nawoływaniem muezzina ruszamy dalej w poszukiwaniu naszej pierwszej wadi (dolina rzeczna/wąwóz). Pierwszy raz napędem 4×4 docieramy do początku Wadi al Abyad. Widać, że ludzie tu chodzą, bo niestety walają się śmieci. Ale poza tym jest fajnie, palmy i wysokie trawy rosną na środku suchego koryta rzeki. Wsiadamy w samochód i jedziemy 120 km dalej, uważając na wcinających się przed maskę omańskich kamikadze. Kierunkowskazy często służą im tylko do ozdoby. I tak oto docieramy do Zielonej Góry :), zwanej tutaj Jebel Akhdar. Po kontroli policyjnej, upewniającej się, że mamy odpowiedni napęd pokonujemy zakręt za zakrętem, a wszystko to stromo pod górę. Góra miała być zielona, więc albo jej nie znaleźliśmy, albo to nie ta pora roku. Wszystkie góry są brązowe, co nie znaczy, że nie robią wrażenia. Widoki nie do opisania.
Szukając miejsca na nocleg, zaliczamy „tymczasowo niedostępny” fort. Wygląda na to, że ta informacja wisi już kilka lat i pewnie jeszcze powisi, bo prac renowacyjnych nie widać. Za to po drodze natrafiamy na fort w Nizwie – całkiem okazały.
Nauczeni wczorajszym doświadczeniem rozbijamy namiot za dnia. Jest więc czas i na prysznic (przenośny, zabrany z Polski), i na herbatkę, i na inne przyjemności nim o 18:15 zapadnie zmrok. Mamy fajną miejscówkę na „sawannie” tuż przy skałkach. Gdzieś tam cyka jeden świerszcz, a poza tym głucho i ciemno.

 

Dodaj komentarz