Czwartek
Atrakcji w Ella nie ma za dużo, więc dawkujemy sobie powoli. Do południa nic, a po południu wolne 🙂 Prawie. Idziemy zobaczyć most kolejowy zaprojektowany jeszcze za czasów panowania Brytyjczyków. Po drodze napotkany chłopaczek dołącza do nas. Stały zestaw pytań o pochodzenie, imię, wiek, hotel i czas na Sri Lance. Mówi, że pokaże nam skrót do mostu. Oczywiście nie za darmo i o tym od początku wiemy, ale ludzie tu są biedni, więc dajemy małemu trochę zarobić. „Skrót” prowadzi przez jego osadę wprost do kafejki jego kuzyna z fajnym widokiem na most. U niego kupujemy dzbanek herbaty, żeby też coś zarobił. Przybytek prowadzi ojciec i 6 dzieci. Mama zmarła 10 miesięcy temu, o czym z uśmiechem mówi młodszy z braci. Teraz widzimy, że lankijski uśmiech ma bardzo wiele znaczeń. Po przejeździe pociągu ruszamy po torach do naszej wioski. Liczymy na to, że nie będzie teraz żaden jechał przez godzinę, tak jak nas zapewniali chłopcy z kafejki, tym bardziej, że przed nami tunel :O

Piątek
Tym razem postanawiamy zobaczyć wodospad Rawana. Po drodze jest jaskinia, więc idziemy ją zwiedzić. Najpierw 2 km drogą pod górę, a potem zaczynają się schody – dosłownie! Przed nami 690 stopni w upale. Masakra, jesteśmy wykończeni. Sama jaskinia jest dość mała i nic się tu nie dzieje, ale jest chłodno, więc odpoczywamy, słuchając popiskujących nad naszymi głowami nietoperzy. W drodze powrotnej słyszymy jakiś szum w krzakach, rozglądamy się – jaszczury? kury? koty? Nie! To małpa, tu jedna, tam druga, całe stado! Nie są agresywne, przyglądają się nam z zaciekawieniem, robimy fotki. Dziękujemy naszym ewolucyjnym kuzynom i idziemy na wodospad. Przed nami 6 km. Zatrzymuje się jakaś półciężarówka i chcą nas zabrać na pakę, ale wolimy się przejść. Droga okazuje się wąska, kręta i ciągle pędzą samochody tudzież autobusy. Wdychamy więcej spalin niż w centrum Szczecina. Na ostatnim kilometrze spotyka nas ta sama półciężarowka i tym razem nie odmawiamy. Biorą na pakę nas i jeszcze parę Niemców.
Wysadzają nas pod wodospadem, a tam spa, łaźnia i Budda wie co. Ludzie namydleni włażą do wody, myją dupki, pływają i odpoczywają. A małpy żerują powyżej. Oczywiście poznajemy kolejnego lankijskiego przyjaciela ze stałym zestawem pytań. Przysiada się, nawijamy dłuższą chwilę. Standardowo pyta czy mamy fejsbuka (wiadomo, że nie mamy ;)).
W drodze powrotnej zaglądamy na stoisko z pamiątkami. Sprzedawca pyta „Polska? Dzień dobry. Sto rupii. Dziękuję”. Tym miłym akcentem zachęca nas do kupna magnesików. A skubany nauczył się tych zwrotów ze słownika, bo turystów z Polski nie ma za wielu.
Wracamy autobusem, płacimy całe 60 gr. 😀

Sobota
Śpimy do późna. Mieliśmy o 7 rano iść na szlak i zdobyć Ella Rock, ale ogarnia nas leń. Czy musimy się zawsze męczyć w wakacje? I tak już mamy zakwasy po wczorajszych schodach. Idziemy kilka kilometrów przez plantację do fabryki herbaty. Liczymy na niższe ceny niż w miasteczku, bo jak na razie to dorównują polskim. Niestety tu ceny jeszcze wyższe. :'(  Plan przywiezienia kilku kilogramów taniej herbaty do domu, kończy się na kilku paczuszkach.
Generalnie ceny na Sri Lance negatywnie nas zaskakują. W supermarkecie woda 1,5 litra jest po 2 zł, a obiad w barze w turystycznym miejscu po 12-15 zł. Liczymy, że dalej na północ będzie taniej.

 

Dodaj komentarz