Wstajemy rano, ładują nas na motorówkę z grupką innych turystów. 45 minut mkniemy po Okavango, a zimno jest jak cholera. Z motorówki przesiadamy się do mokoro, czyli botswańskiej dłubanki. Oryginalne były robione z jednego pnia drzewa, a teraz większość jest odlana z plastiku, jak kajaki. Do każdego mokoro wchodzą dwie osoby i „kierowca”, czyli człowiek z długim drągiem do odpychania się od dna.

Ruszamy w poszukiwaniu hipopotamów, a znajdujemy ślimaka, żabki i pająki. Hmmm, trochę zawód, zwłaszcza, że płyniemy większość czasu trzcinowiskiem i na wysokości naszych oczu nic nie widać. No, dobra, trafiamy na jednego śpiącego hipopotama. Łu-hu! Widzimy go z daleka, więc równie dobrze może to być wielki kamień 🙁

Potem wychodzimy z mokoro z naszym przewodnikiem i idziemy pieszo na jedną z setek wysp w delcie. Cichaczem podchodzimy do sporego stada zebr i gnu. Napotykamy też trzyosobową rodzinkę słoni. Super przeżycie. Udaje nam się także upolować ogromnego baoababa. A wszystko to bez rozlewu krwi 🙂 

Wracamy odnogami Okavango, już nie przez trzciny, więc jest lepiej, bo nie lecą na nas pająki. Oglądamy mnóstwo ptaszorów i krokodylka, po czym żegnamy się z naszym panem drągalowym.

 

Komentarze zabronione