Rano czujemy zakwasy po Preikestolen, a ten wczorajszy szlak to pikuś przy tym co dzisiaj przeżyjemy. Potrzebujemy zatem błogosławieństwa lokalnych troli i na wzmocnienie okrągłych lizaków jak z dzieciństwa (norweska wersja ma smak tego, co na obrazku w przeciwieństwie do wersji PRLowskiej).

Droga na Kjerag (czyt. Szierag) składa się z trzech szczytów. Na każdy z nich trzeba wleźć i zleźć. Miejscami jest bardzo stromo i musimy się wspinać po łańcuchach. Po pierwszych 15 minutach wszystkie mięśnie i mózg krzyczą „ZAWRACAJ!”. Przypominają nam się napisy z początku szlaku „There is nothing wrong about going back”. Wydaje nam się, że góra nas pokona.

Ale nie po to tu jechaliśmy 2 razy dłużej niż ze Szczecina do Stavanger i nie po to płaciliśmy za autokar 3 razy tyle, co za lot, żeby dać za wygraną jak jakieś leszcze. Spinamy poślady i idziemy przed siebie w górę i w dół, w górę i w dół, w słońcu, wichrze, miejscami w śniegu. Po 140 minutach gehenny docieramy do tego cholernego kamienia, a skoro już jesteś, to co nie wejdziesz? Piotr ratuje honor rodziny i wchodzi, a Sabina robi zdjęcie dla niedowiarków. Widok z urwiska kilometr w dół jest niesamowity, a świadomość, że tylko jeden krok dzieli nas od przepaści dodaje adrenalinki.

Wiecie co jest najgorsze? Że dwie kanapki i gorący kubek później trzeba znowu pokonać te trzy szczyty, choć całe ciało krzyczy NIEEE!!!

Zwieńczeniem naszego dzisiejszego trudu jest koncert w parku w Stavanger. A o 21.30, choć słońce wysoko na niebie, padamy na twarz i śpimy do rana.

 

2 odpowiedzi do Kilometr nad fjordem

  1. ciekmaw napisał(a):

    Zazdroszczę! Pozdrówcie trole ode mnie!

Dodaj komentarz