Wracamy 8 godzin z Pokhary do Katmandu – tego cuchnącego molocha. Smog gryzie w gardło i oczy, wszędzie straszny brud. To nie jest fajne miejsce do zwiedzania, a już absolutnie nie do mieszkania. Mamy jednak nadzieję zobaczyć obchody pierwszego dnia Losar, czyli tybetańskiego nowego roku. Spodziewamy się czegoś na kształt Esala Perahera na Sri Lance. W necie ciężko znaleźć jakiekolwiek informacje, pytamy więc naszego hotelarza, ale też niewiele wie. W końcu wieczorem drałujemy na plac Tundikhel, gdzie mają być jakieś koncerty i pokazy, ale wieje pustką bardziej niż na szczycie Everestu zimą. Zawiedzeni, wracamy do hotelu. Znajdujemy informację, że obchody mogą być w jakiejś świątyni na peryferiach, ale nie chce nam się brać taksówki, żeby czasem nie zobaczyć tego samego, co na Tundikhel. Trudno.

Następnego dnia wylatujemy do domu z zapyziałego stołecznego lotniska Tribhuvan. Z samolotu fantastyczny widok na Himalaje wyrastające znad chmur. O rany, co za panorama! Prawdopodobnie, któryś z tych szczytów to EVEREST, ale nie wiemy, który. Coś niesamowitego! Wspaniałe zakończenie naszego wypadu do Nepalu. Szczęśliwego Nowego Roku!

 

Dodaj komentarz