O 5 rano wyjeżdżamy na największe solnisko świata – Salar de Uyuni. Na jego powierzchni jest kilka „wysp”. Włazimy na jedną z nich zobaczyć wschód słońca. Dziwnie patrzeć jak wschodzi na zachodzie i wędruje „nie w tę stronę”, ale w końcu jesteśmy na półkuli południowej. Cała wyspa pokryta jest ogromnymi kaktusami. WOW!
Jedziemy wgłąb salaru, pod nami momentami jest 7-10 metrów czystej soli. Zatrzymujemy się na klasyczne już fotki z wykorzystaniem zaburzonej perspektywy. Nagle znikąd pojawia się para Niemców na rowerach, którzy objechali już w ten sposób kawał Boliwii. Jak powiedzieć po niemiecku „pozytywni wariaci”? Salar robi trochę mniejsze wrażenie niż się spodziewaliśmy. Miał być totalny bezkres, a na horyzoncie widać góry. Mimo wszystko jest fajnie.
Ostatni punkt programu to miasteczko Uyuni z cmentarzyskiem starych lokomotyw i dziwną katolicko-indiańską fiestą, na którą przypadkiem się napataczamy. Folklor pełną gębą.
Noc spędzamy w Villa Mar, ani to willa, ani morza nie ma w promieniu kilkuset kilometrów.
Na drugi dzień nie poznajemy przygranicznych gór – są całe ośnieżone i wieje tak lodowaty wiatr, że wywiewa nas z Boliwii z powrotem do Chile.

[CIEKAWOSTKA DNIA]
W Boliwii (przynajmniej w tej części) zdecydowana większość to Indianie, którzy nawet nie gadają między sobą po hiszpańsku, tylko w keczua lub aimara.

 

Komentarze zabronione