Ostatni dzień w Omanie. Krążymy, krążymy i krążymy. Wstajemy przed świtem, oglądamy wschód słońca (tego nigdy dość). Dzielimy się częścią dobytku z innymi nomadami. Starsza para Niemców dostaje kilka rolek papieru, a trzej młodzi Brytyjczycy kołdry i poddupniki do zjeżdżania po wydmach. I tak nie możemy zabrać tyle bagażu do Polski.
Jedziemy na Bimmah Sinkhole, mijamy wioskę Bimmah, ale nie możemy znaleźć tego miejsca, wracamy, pytamy ludzi, nie wiedzą, ruszamy dalej. Żadnego znaku nie ma, kolejna wioska i jest strzałka na jakiś park. Ryzykujemy i to jest to. Wielkie zapadlisko w ziemi ok. 500 m od oceanu, ale ze słoną wodą. Brodzimy, rybki robią pedicure, ale są bardziej nieśmiałe w porównaniu do żarłoków z Tajlandii.
Do Maskatu dojeżdżamy autoatradą raz-dwa, w holelu prawdziwy prysznic z nielimitowaną ciepłą wodą (hura!), a potem na lotnisko oddać samochód. No i się, kuźwa, zaczyna. Kto robi znaki na lotnisko, które jest w trakcie budowy, a nie to już istniejące? Przez ponad godzinę krążymy po różnych zjazdach z autostrady i ciągle trafiamy na ten sam plac budowy. No żesz w mordę! Znaki na lotnisko są, ale po chwili się urywają (są zasłonięte folią). W końcu pytamy jakiegoś ciecia i kieruje nas dobrze. Samochód oddajemy bezproblemowo, nic nie sprawdzają, wierzą nam na słowo. Na sam koniec w bagażniku odkrywamy gniazdko elektryczne, a my jak Janusze
przez cały tydzień męczyliśmy się z zepsutym rozgałęźnikiem usb do gniazdka zapalniczki.
Do hotelu wracamy „baisa busem” – kierowca jedzie jak szatan, opowiadając nam o ciekawych, jego zdaniem, miejscach w Maskacie, np. Carrefourze. 🙂
Na zakończenie naszej omańskiej przygody jemy indyjskie jedzenie, tym razem za 5 zł na osobę! Smaka nam odbiera Omańczyk, który chce od nas wydębić kasę, zupełnie za nic. Ale nie jakiś biedny potrzebujący, tylko normalnie, tradycyjnie i schludnie ubrany koleś. Odprawiamy go z kwitkiem.
Noc spędzamy dla odmiany w normalnym łóżku (z karaluchami w łazience gratis).

[CAMPING]
Przed wyjazdem trochę mieliśmy obaw co do spania w namiocie. Ale był to bardzo dobry pomysł. Byliśmy niezależni na łonie natury. Gwiazdy na pustyni świecą jak nigdzie indziej. Nasz dzień trwa 12 godzin, wstajemy o świcie, idziemy spać po zmroku.
Oman to bezpieczny kraj i nie baliśmy się nocować nawet w najdzikszych miejscach. Wbrew pozorom jest tu też dość tanio. Ceny w sklepach podobne do polskich, obiad w Coffee Shopie zjesz od 5 do 15 zł na osobę, a benzyna po 1,3 zł za litr. Atrakcje turystyczne są za darmo (przynajmniej te w których byliśmy). Tylko hotele są strasznie drogie. Minimum 250 zł za taki z grzybem i karaluchami, a lepsze od ok. 800 zł.

[CIEKAWOSTKI]
– Jeszcze w żadnym kraju oprócz Irlandii nie spotkaliśmy tylu Polaków.
– Na mieście ciężko spotkać kobietę. Czasem przemykają gdzieś samochodami.
– Widzieliśmy tylko jednego psa, ze dwa słyszeliśmy w nocy. Kilka kotów. Rządzą kozy!

 

Dodaj komentarz