Z samego rana (o 10.00) pojechaliśmy na Batu Caves. Super sprawa – pociąg kosztował tylko 3 zł w obie strony. Batu Caves to system jaskiń uformowanych jakieś 400 mln lat temu, a teraz to przede wszystkim kompleks świątyń hinduistycznych – od groma dziwacznych bóstw i ich wyznawców. No ale nie po to tu przyjechaliśmy – są też super widoki: skały, jaskinie, dziury w suficie jaskiń itp. Kręci się też mnóstwo makaków i tylko czyhają na smakołyki od ludzi. Oprócz ogólnodostępnej części świątynnej jest tutaj Dark Cave – jaskinia, do której można wchodzić tylko z przewodnikiem: stalagmity, stalaktyty i inne formacje i cały ekosystem oparty na nietoperzach i ich guano (czyli po prostu kupie). Było extra. U stóp jaskiń – 272 schodki niżej – wszamaliśmy jarskie dania w indyjsko-malajskim barze. Najedliśmy się jak świnki za 8 zł na dwoje.

Wieczorem obowiązkowy punkt programu Petronas Towers by night z furą typowo malajskiego żarełka (smażone pierożki z ziemniaczanym nadzieniem – samosa, grilowany nadziewany „tost” – roti, pieczony owoc chlebowca i jakieś dziwne placki, których nazwy już nie pamiętamy). Znowu dużo i tanio, no i pysznie, przede wszystkim. Jedzenie w Malezji dużo bardziej nam odpowiada niż w Tajlandii.

Jutro zmykamy stąd do dżungli.

 

Dodaj komentarz