Krajobrazy zmieniają się nam niesamowicie szybko. Jeszcze parę  dni temu byliśmy w górach, potem nagle pustynia, a teraz jesteśmy nad oceanem.
Przed świtem wybieramy się na oglądanie żółwi w rezerwacie Raz Al Jinz. Udaje się nam wypatrzeć jedną samicę, która właśnie zakopała jaja i „pędzi” do oceanu. A wykluwających się żółwików niestety nie widzimy. Podejrzewamy zatem, że nie istnieją i jest to grubymi nićmi szyty spisek masonów z National Geogeaphic 🙂
Po drodze zajeżdżamy na dwie Wadi: Tiwi – taka sobie i Al Shab – bardzo fajna. Najpierw ok. godzinny trek wśród skał i palm, przez strumyczki i głazy, a na końcu baseniki, po przepłynięciu których pojawia się wejście do jaskini. Wejście to dużo powiedziane, bo jego większość znajduje się pod wodą, a nad jest tylko miejsce na głowę. W środku niewielki wodospad. Super jest popływać i trochę się ochłodzić, bo temperatura powietrza 27 stopni.
Na nocleg wybieramy White Beach, bo dzień wcześniej zachwalała ją napotkana polska (a jakże) rodzinka. Może plaża i jest biała, ale w 90% są to białe kamulce. Znajdujemy dla siebie niewielki skrawek piasku. Tak właściwie to plaża powinna nazywać się zielona. Glonów jest tyle, że nie da się wejść do wody. A co gorsza podejrzewamy, że zachwalali ją w przewodniku Lonely Planet, bo oprócz nas do wieczora pojawiają się jeszcze trzy samochody. W takim dzikim tłumie już dawno nie spaliśmy. Plaża ma jednak swoje plusy – skaczący delfin i fluorescencyjny plankton.
To nasza ostatnia noc na łonie natury.
image

[CIEKAWOSTKA KULINARNA]
Nasze menu także zmienia się jak w kalejdoskopie. Stołujemy się w Coffee Shopach. Kuchnia indyjska, z Pakistanu i Bangladeszu. Jak mawiają w Azji „same same but different”. A czasami kuchnia fusion – chińska zupka z francuskiego Carrefoura w Maskacie, saudyjskie oliwki, libański chleb, a do tego omańskie jajka i warzywa.

 

Dodaj komentarz