Pobudka ciemną nocą. O piątej rano z czołówkami na czapkach ruszamy na najwyższy punkt naszego trekkingu – Poon Hill. Jest ponad 700 metrów wyższy niż Rysy, ale na tutejsze warunki to tylko wzgórze. Prawdziwe góry widać z jego szczytu, gdy wstaje słońce. Jest zimno, ale widoczność cudowna. Masyw Annapurna i tzw. „Rybi Ogon” mamy na wyciągnięcie ręki. Widać nawet lodowiec wciśnięty między zbocza. Jest super!

Potem szybkie śniadanie w hostelu i lecimy dalej. Przez dłuższy czas mamy ten sam widok, co z Poon Hill. Droga wije się to w górę, to w dół przez lasy i fajne kaniony. Spodziewaliśmy się śniegu, ale temperatura jest na plusie i zostało tylko błocko.

Do Tadapani docieramy o 16.30. Za nami naprawdę długa i męcząca trasa. Cieżko było zwłaszcza Sabinie, bo złapała ją gorączka i już Piotr chciał ją posadzić na osiołka, ale żal mu się zrobiło zwierzaka. 🙂 Jutro już będzie łatwiej.

[ZAKUP ROKU]

Kijki trekkingowe ratują życie, zarówno przez wchodzeniu, jak i schodzeniu.

 

Dodaj komentarz