Wkurzyli nas, wkurzyli i to jak! Na lotnisku obłazimy kiosk za kioskiem w poszukiwaniu biletów na autobus. Nikt nie ma. Pytamy w informacji, mówią że tu nikt nie sprzedaje i trzeba kupić u kierowcy. Kierowca mówi, że maszynka do biletów zepsuta, ale mamy wsiadać. Po jakimś czasie zjawiają się Belgradzkie kanary – mega służbiści i w dupie mają nasze tłumaczenia. Chcą wzywać policję, jak nie zapłacimy na miejscu kary (ok. 70 zł na łebka). A to był prawie cały nasz budżet na Belgrad :'(
Mamy focha na całe miasto i początkowo nie podoba nam się nic. Upał, brzydkie budynki i tyle. Wkurw mija nam stopniowo, bo ludzie są mili i pomocni. Można się dogadać po angielsku, a nawet po polsku (spotykamy nawet Serba, który uczył rosyjskiego w Białymstoku). Ceny jedzenia w miejscach nieturystycznych jest niskie, a w turystycznych jak w Polsce. Za ok. 7 zł kupujemy fajne chlebo-placki z mega wielkim kotletem z kurczaka i dodatkami do oporu. Są tak duże, że jemy je na raty. Za kolejne 7 zł kupujemy inne serbskie pyszności na drogę (gubanica, zjelenica i itp.).
Łazimy po głównym deptaku, od fortu nad rzeką po hotel Moskwa. Jako że kara za brak biletu = darmowe przejazdy do końca dnia, wskakujemy do trolejbusa i jedziemy zobaczyć Generalsztab – budynek zbombardowany przez Amerykanów w czasie wojny na Bałkanach. Do dziś straszy zawalonymi ścianami i straszącymi pustką oknami.

 

Dodaj komentarz