Z Ella do Kandy jest ok.140 km. Ile to jest bezpośrednim lankijskim pociągiem? Bagatelka 6 godzin i 45 minut. Nie pytajcie…
Po co tu jedziemy? Na procesję na cześć świętego zęba Buddy – Esala Perahera, która trwa 10 dni w roku. Wierni i gapie zbierają się na kilka godzin przed pochodem. Okupują miejsca najbliżej ulicy. Jest upał, ścisk i straszny hałas. Śmierdzą spaliny, trąbią klaksony. Pomiędzy ludźmi przeciskają się sprzedawcy lodów, waty cukrowej, betelu, gum do żucia, kukurydzy, gorących i zimnych przekąsek. Do tego handlarze wszelkiej maści badziewiem – plastik fantastik i im bardziej świeci i/lub hałasuje tym lepiej.
Czekamy tak pod drzewem, 3 godziny w tym wariackim tłumie, a z góry srają na nas wrony! Grrr! W końcu jest całkiem ciemno i się zaczyna! Płoną kosze z łupinami kokosów polanymi naftą, smród straszny, maszerują m.in. chłopaki strzelający z biczy, kręcący talerzami, potem bębniarze, ogniomistrzowie, tancerze tacy i siacy, trąbkarze i ozdobione lampkami słonie. Oglądamy szoł do późna, w hotelu zasypiamy ogłuszeni całą tą kakofonią i naćpani zapachem płonącej nafty.

Na drugi dzień idziemy do świątyni zęba, nie ma jeszcze południa, a już wokoło trwają przygotowania do wieczornej procesji. Do samej świątyni nie wchodzimy, bo ciężko nam znaleźć sens w oglądaniu jakiejkolwiek relikwi. Dookoła świątyni znajdują się tzw. devale, czyli małe świątynki. Co dziwne, są poświęcone bóstwom hinduistycznym, którym Budda nakazał strzec Sri Lanki. Taki mix tylko tutaj, bo wyznawcy tych 2 religii z innych krajów chyba widzą to inaczej.
Najważniejszym punktem dnia jest nasza prywatna inspekcja słoni. Mają się tu dość dobrze, nie widzimy ran na nogach od łańcuchów. Oglądamy słoniowe spa – każdy jest codziennie myty przez 4 godziny, szorowany łupiną kokosa. Wyglądają przy tym na bardzo zrelaksowane. Inspekcja zaliczona, choć i tak uważamy, że miasto to nie miejsce dla słonia.

[CIEKAWOSTKI KULINARNE]
– Czerwone banany. Kosztują 4 razy więcej niż te małe, żółte, po obraniu zawód – wyglądają i smakują jak te w Polsce.
– Tutejsze jedzenie wydaje nam się mało urozmaicone. Do wyboru jest ryż lub rotti (naleśniko-placek) lub hoppers (ciasto w wody i mąki smażone w rondelku albo w postaci makaroników). Są też samosy i im podobne rzeczy smażone w głębokim tłuszczu albo nadziewane bułki maślane (np. z rybą). Problem w tym, że praktycznie w każdym daniu jest ten sam zestaw mega ostrych przypraw, przez co trudno znaleźć smak potrawy samej w sobie. Czuć przede wszystkim chili.

 

1 odpowiedź do Esala Perahera

  1. […] pierwszego dnia Losar, czyli tybetańskiego nowego roku. Spodziewamy się czegoś na kształt Esala Perahera na Sri Lance. W necie ciężko znaleźć jakiekolwiek informacje, pytamy więc naszego hotelarza, […]

Dodaj komentarz